Pewne rzeczy się w moim życiu skończyły. Czuję, jakby Bóg, zerkając na mnie, stwierdzał: „No dobrze, kochany, oddaj to, i to, i jeszcze to…”. Oddaję, co robić – mówi ks. Adam Boniecki. Rozmawia Damian Jankowski.
Zaproszenie do cyklu „Życiowe (nie)pewności” przyjął ks. Adam Boniecki, redaktor senior „Tygodnika Powszechnego”. Spotykamy się w Krakowie.
Ks. Adam Boniecki: Późno pan przyjechał.
Damian Jankowski: Dopiero trzynasta.
– W moim życiu późno. Jestem już starym człowiekiem, naprawdę starym, mam ponad dziewięćdziesiąt lat. Na pewno to ze mną chce pan rozmawiać?
Tak jest, z księdzem. O życiowych pewnościach i niepewnościach.
– O proszę! I co by pan chciał wiedzieć?
Na przykład: czy Bóg jest pewnością?
– Nie taką, jak to, iż przede mną stoi teraz stół. Raczej zbliżoną do poczucia, iż ktoś mnie kocha. Wiem to, ale nie potrafię tego udowodnić. Znam chyba wszystkie sensowne argumenty za istnieniem Boga, jednak nie o to idzie, by kogokolwiek przekonać. Sprawa nie rozgrywa się tylko na poziomie intelektu.
WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Wie pan, kiedy miałem wylew, doznałem dziwnego uczucia. Zniknęła gdzieś wiara w Boga, w niebo, w zbawienie. Byłem przekonany, iż zaraz umrę, nastąpi koniec, pochowają mnie. I tyle. Co ciekawe, nie czułem żalu czy smutku, a obojętność. W porządku, trzeba umrzeć, to umrę.
Z czasem wiara zaczęła wracać. Ale inna. Pozbawiona wyobrażeń, którymi dawniej się posługiwałem.
W rozmowie z Anią Goc dla „Tygodnika Powszechnego” wspomniał ksiądz, iż Bóg stał się dyskretniejszy.
– Już samo mówienie o Nim wydaje mi się teraz ryzykowne. Jon Fosse twierdzi, a ja się z tym zgadzam, iż kiedy mówimy o Bogu, to nie jest o Nim. Lepsze od słów bywa milczenie.
Wkrótce nastąpi koniec mojego życia, i dobrze. Co będzie „potem”? Spotkam nicość czy Boga? Opowiadam się za tą drugą opcją. Mam nadzieję. Ale co znaczy „spotkanie z Bogiem”? Nie próbuję sobie tego choćby wyobrazić. Poza tym nie potrafię wierzyć bez wątpliwości. Mojej wierze wciąż towarzyszy niewiara, niepewność, nic nie poradzę. Co jest po śmierci? Umrę, to się dowiem.
Trzeba się z tym liczyć, iż nieraz zdołamy kogoś pocieszyć, i świetnie, a często nie zdołamy. Czasami przyniesiemy komuś odrobinę światła, a czasami nic. To proste doświadczenie starego księdza
ks. Adam Boniecki
Słucham księdza i przypomina mi się pewien późny wiersz Różewicza. Stary poeta notuje w nim: „przegrałem / walkę o Boga / moją siedemdziesięcioletnią / wojnę religijną”. Mamy zmagać się z Bogiem i przegrać?
– Pytanie, czy to rzeczywiście przegrana. A jeżeli przegraliśmy jedynie z naszym wyobrażeniem o Bogu? Bogiem, którego stworzyliśmy na własny użytek? Może ta przegrana to tylko jeden z etapów drogi? Jakaś wiara się kończy, jakaś zaczyna. Nie warto rozpaczać.
Zresztą nie przesadzajmy. Wszędzie i z każdym chcielibyśmy wygrywać, z Bogiem też?
Pokazuje Go ksiądz jako bliskiego ludzkiemu doświadczeniu. W filmie „xABo” przywołane zostały słowa modlitwy, w jakiego Boga nie warto wierzyć. W takiego, który „czyha, by przyłapać człowieka na grzechu czy słabości” i „zapala czerwone światło, gdy ten się cieszy”.
– Zawsze uważałem, iż życie jest czymś dobrym. Dalej tak uważam, choć w ostatnim czasie trochę zniuansowałem ten pogląd. Bywają sytuacje, które człowieka przygniatają, degradują go. Niekiedy nie ma się z czego cieszyć, trzeba po prostu „doistnieć”.
Tu, gdzie teraz rozmawiamy, mieszkają również osoby niewstające z łóżek.
Odwiedza je ksiądz?
– Staram się czasem. Nie sprawuję żadnych „posług duszpasterskich”, zachodzę, by z nimi posiedzieć. Patrzę na tych ludzi. Niektórzy strasznie źle znoszą fakt, iż muszą tu być. Co miałbym im powiedzieć? Najczęściej nic nie mówię. To straszny banał, wiem, ale w tym przypadku obecność okazuje się ważniejsza niż słowa.
Wspominał ksiądz kiedyś, jak zapytał znajomą psychoterapeutkę, czy nie jest przygnębiające, iż wyciąga człowieka z jego chorobowych stanów tylko na chwilę. Ona odpowiedziała: „Wystarczy, iż ten człowiek przespał spokojnie jedną noc, to już jest warte każdego wysiłku”.
– Tak, niechby stało się jaśniej choćby dla jednej osoby, choćby na chwilę, to już dużo. Trzeba się z tym liczyć, iż nieraz zdołamy kogoś pocieszyć, i świetnie, a często nie zdołamy. Czasami przyniesiemy komuś odrobinę światła, a czasami nic. To proste doświadczenie starego księdza.
Bezradność?
– Nie, ograniczoność. Zgoda na własną ograniczoność. Nie powinienem grymasić, iż kilka zdziałałem. Zdziałałem tyle, ile mogłem.
- Wojciech Marczewski
- Damian Jankowski
Świat przyspiesza, ja zwalniam
W przywołanym dokumencie jest scena, gdy w galerii handlowej podchodzi do księdza pewna dziewczyna i pyta, co zrobić, by „dobrze żyć”. Ksiądz odpowiada: „Pogodzić się samemu ze sobą”.
– No cóż, improwizowałem.
Pytająca odeszła zachwycona.
– O to chodziło [uśmiech]. Ale coś jest na rzeczy z tym godzeniem się z samym sobą. Dobrze chyba byłoby się sobie poprzyglądać, skonfrontować się też z tym, jak nas widzi otoczenie. Autorefleksja jest ważna. Akceptacja swojego życia, widzenie się takim, jakim rzeczywiście jestem. Znam swoją miarę. Moje możliwości. Żaden ze mnie zbawiciel świata. Oceniam siebie względnie uczciwie. Tutaj zrobiłem coś znakomicie, a tu zawaliłem, podjąłem złą decyzję i czasu już nie cofnę.
A co z marzeniami lub planami, które się nie spełniły? Warto żałować?
– Najpierw dobrze byłoby pomyśleć, czy to rzeczywiście nieszczęście, iż coś nas ominęło. Zrewidować swoje pragnienie. Czasem przecież bujamy w obłokach, chcemy nierealnego. Może lepiej się z takiego marzenia wyzwolić? A jeżeli uznamy, iż coś, czego pragnęliśmy, byłoby dla nas dobre, ale się nie zrealizowało, no to trzeba żałować. Nie ma rady. Żałować. I nie bać się przyznać przed samym sobą do tego żalu.
Powtarza ksiądz przy różnych okazjach, iż każdy z nas nosi w życiu walizkę spraw niespełnionych. Z biegiem lat jest łatwiej czy trudniej?
– I trudniej, i łatwiej. Trudniej, bo z roku na rok walizka ta staje się coraz cięższa. Tak… Kiedyś miałem iść do chorego, ale potwornie mi się nie chciało. Za godzinę pójdę, za dwie. Kiedy się wybrałem, ten człowiek już nie żył. Gdybym tylko wcześniej się ruszył. Gdybym… Od tamtej pory przynajmniej wiem, żeby nie zwlekać.
Dlatego jest łatwiej?
– Widzi pan, wraz ze starością przyszło wyzwolenie. Wiem, iż mój czas się kurczy, iż mam go coraz mniej.
Nie traci ksiądz zatem czasu?
– Tracę, jak każdy. Ale na przykład szkoda mi już czytać niektóre książki.
Nie chodzi o to, byśmy ignorowali smutek, tylko nie zamieszkali w nim na stałe. Lepiej zachować w sobie dystans i humor. Jeszcze bardziej nie zaciemniać świata, który ma wystarczająco zmartwień
ks. Adam Boniecki
Zastanawiam się, ile jeszcze ten ostatni etap potrwa. Funkcjonuję w pewnym zawieszeniu. Wciąż żyję, ale coraz bardziej wycofuję się z biegu świata. Starość to dla mnie nowy tryb bycia, nowy sposób istnienia.
O czymś ksiądz jeszcze w nim marzy?
– Czego może chcieć starzec? By nie być sparaliżowanym, i by do końca komunikować się ze światem.
Za czymś ksiądz tęskni?
– [chwila milczenia] Powinienem coś wymienić, by zabrzmiało bardziej literacko, prawda? Ale rozczaruję pana. Nie, w tej chwili za niczym nie tęsknię.
Nie brakuje księdzu prowadzenia samochodu?
– Dawniej faktycznie bałem się momentu, gdy nie będę mógł być kierowcą. Ale kiedy ten moment nastąpił, okazało się, iż jest znośnie.
A spotkania autorskie po Polsce?
– One co jakiś czas wciąż się odbywają. Przyjaciele z „Tygodnika” je organizują. Może by podtrzymać mnie na duchu, albo czytelników, albo jedno i drugie. Po takich występach bywam potwornie zmęczony. Ale w trakcie wypadam chyba nie najgorzej.
Starość przyszła do mnie nagle. Szedłem spać jako zdrowy człowiek, a wstałem z wylewem. Już jestem odpowiednio podleczony, postawiony na nogi przez wspaniałych lekarzy. Za mną szpital, sanatorium, rehabilitacja. Wróciłem do życia. A jednak pewne rzeczy się skończyły. Czuję, jakby Bóg, zerkając na mnie, mówił: „No dobrze, kochany, oddaj to, i to, i jeszcze to…”. Oddaję, co robić. Dawniej pozostawałem w ciągłym ruchu, teraz ledwo się poruszam. Coraz więcej zapominam. Coraz trudniej przychodzi mi pisanie. Zawsze byłem raczej towarzyski, w tej chwili po wyjściu gości jestem wyczerpany.
Podobno chciałby ksiądz umrzeć samotnie.
– Tak jest. W chwili, gdy nie będzie przy mnie nikogo.
A nie lepiej, by przyjaciele trzymali wtedy księdza za rękę?
– O nie, nie, niech sobie się sami trzymają za ręce, z drugiego pokoju [wspólny śmiech].
Polskie ćwiczenia z wieloetniczności | Gdy episkopat zawodzi | Po co instytucje kultury?
W książce „Boniecki. Rozmowy o życiu” mówił ksiądz o tym, iż rozwija i składa w życiu namiot, ma „duszę koczownika”. Wewnętrzne niezadomowienie i pogodzenie z niepewnością to klucz, by się nie dać?
– Może tak? Takie funkcjonowanie przypomina mi, iż wszystko jest ulotne. Miałem okazję zjeździć kawał świata. Mieszkałem w Rzymie, w Warszawie, teraz tutaj, w nowym dla mnie miejscu. Gdziekolwiek poczułem się u siebie, niedługo musiałem się pakować i stamtąd odchodzić.
Podczas wojny straciliście rodzinny majątek. To bolało?
– No tak, byłem dziedzicem majątku i pałacu. Nagle nas wypędzili. Miałem jedenaście lat, więc mnie to nie kosztowało. Nigdy za tym nie tęskniłem.
A za tatą?
– Za tatą tak. Gestapo zabrało go na moich oczach. Na pożegnanie uścisnął mnie. Nigdy więcej go nie zobaczyłem. Trafił na Szucha, zginął w zbiorowej egzekucji.
Mama później powtarzała księdzu, by nie nienawidził Niemców.
– Wie pan, iż faktycznie długo, dekady całe, mierzyłem się z odrazą wobec nich? Ustąpiła dopiero, gdy zostałem zaproszony na jakieś ekumeniczne nabożeństwo. Byłem już wtedy starym człowiekiem. Mniej starym niż obecnie, ale starym. Natomiast tak, śmierć taty mnie bolała, tak samo jak śmierć innych bliskich.
Samotność można oswoić?
– Można się tego uczyć. Żyć z samotnością, która jest otwarta na ludzi, ale ich nie zagarnia dla siebie. Człowiek nosi w sobie wtedy pewien brak, po jakimś jednak czasie przywyka do takiej samotności z wyboru. Proszę mi wierzyć, gdyby mi się ktoś teraz pałętał po mieszkaniu, to bym nie wytrzymał.
Żyjąc, trzeba się chyba zgodzić na to, iż ludzie odchodzą od nas bądź umierają. Pozwolić im odejść. Ćwiczyć się w stratach.
Pan już kogoś stracił?
Ostatnio dziadka, kilka tygodni temu. Był dwa lata młodszy od księdza, przeżył dobre życie. Trudno, żebym rozpaczał. A jednak mi go brakuje.
– To ważne doświadczenie, ta strata. Dziadek już zawsze będzie z panem, życie pan bez niego przeżyje, ale może nie tak całkiem bez niego. Potem dojdą kolejne śmierci. Kiedy się żyje tyle lat, co ja, człowiek żegna wszystkich, albo prawie wszystkich. Rodziców. Współpracowników z redakcji. Powstaje pustka, której nie da się wypełnić. Nosi się pamięć o tych osobach w sercu. Wierzy, iż jakoś istnieją.
Mama do księdza przychodzi?
– Nie, nie przychodzi. choćby przyśnić się nie chce.
Ale ma ksiądz jej obrączkę.
– Już nie mam, oddałem siostrzenicy.
- Wiesław Dawidowski OSA
- Damian Jankowski
Leon XIV. Papież na niespokojne czasy
Myślę, iż śmierć bliskich to istotny sprawdzian. Czy umiemy zobaczyć dobro mimo cierpienia. Cieszyć się z lat, któreśmy z danym człowiekiem przeżyli, bardziej niż martwić faktem, iż umarł. Nie zapominać, ile otrzymaliśmy od tego kogoś.
Dostrzeganie dobra współgra jakoś z życzeniami na nowy rok, które złożył ksiądz czytelnikom „Tygodnika”: „Nie straćcie umiejętności cieszenia się, choćby jeżeli więcej macie powodów do smutku niż radości. Nie dajcie się smutnym sprawom zatrzasnąć w grobie za życia”. Ładne.
– Prawda? Nie chodzi o to, byśmy ignorowali smutek, tylko nie zamieszkali w nim na stałe. Lepiej zachować w sobie dystans i humor. Jeszcze bardziej nie zaciemniać świata, który ma wystarczająco zmartwień.
A był ksiądz kiedykolwiek zły na Boga lub los?
– Nie, choćby mi to przez myśl nie przeszło. Nie byłem na tyle głupi, by to robić. Co to, to nie! Boga – jest czy Go nie ma – zostawmy w spokoju, nie zwalajmy na Niego naszych głupich decyzji, działań czy wyborów.
W ten sposób zostałem wychowany. Nigdy nie widziałem, by mama się skarżyła. Nie załamywała rąk. Traktowała przeciwności losu jako wyzwanie.
Jednocześnie widzę, iż coś, co nazywamy pogodą ducha, zależy od kilku czynników. Choćby od tego, czy mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo. Ja, wbrew wojnie, dorastałem otoczony miłością. Później jest łatwiej. Do tego dochodzą indywidualne predyspozycje, charakter.
Znam też ludzi, którzy od życia otrzymali jedynie kopniaki, osoby, którym nic się nie udaje, dotknięte widzeniem wszystkiego na czarno. Nie potrafią one przejść nad klęską do porządku dziennego. Za dużo doznały zła, by iść dalej.
Do dziś pamiętam księdza homilię na pogrzebie Alicji Tysiąc. Mówił ksiądz wtedy, iż Bóg towarzyszy tym, którzy się męczą: „Gdy inni rwą się do osądzania człowieka, kochający Bóg odpowiada: to tylko tak wygląda z zewnątrz. Pod tym, co tak chętnie osądzacie, jest ukryta przestrzeń cierpienia”.
– O tak, Bóg patrzy na nas z miłością. Kochającymi, wyrozumiałymi oczami. Może tylko dzięki Niemu jeszcze nie wszystko stracone?
Ks. Adam Boniecki – ur. 1934, redaktor senior „Tygodnika Powszechnego”. W latach 1999-2011 był redaktorem naczelnym pisma, z którym związany jest od 1964 roku. W czasach PRL wychowawca młodzieży, m.in. w krakowskim duszpasterstwie św. Anny, i współpracownik opozycji demokratycznej, zwłaszcza Komitetu Obrony Robotników. W latach 70. podróżował po Europie, gdzie opisywał posoborową przemianę w Kościele. Na polecenie Jana Pawła II stworzył polską edycję „L’Osservatore Romano”. Jest członkiem Zgromadzenia Księży Marianów, w latach 1993-1999 był przełożonym generalnym tego zakonu. Autor wielu książek, począwszy od „Rozmów niedokończonych” (1974) po „Testament” (2024). Odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski i komandorią Narodowego Orderu Zasługi Republiki Francuskiej.

1 godzina temu







![[FOTO] Koroniarze spotkali się na modlitwie z biskupem](https://www.emkielce.pl/media/k2/items/cache/466c54167505d3bf97c9d64b0ef66ad1_XL.jpg)








