Kryptowaluty – twór o niestałych adekwatnościach

2 godzin temu

System miał funkcjonować bez konieczności zaufania do instytucji, które mogą być ratowane kosztem podatników, a których polityka monetarna podlega decyzjom politycznym – mówi ekonomista Jakub Wierzbicki.

Wojciech Albert Łobodziński: Jaka jest historia kryptowalut, skąd się one wzięły?

Jakub Wierzbicki: W XX wieku gwałtownie rozwijały się prace nad kryptografią i systemami rozproszonymi. Kluczowym wyzwaniem pozostawało bezpieczeństwo danych oraz sposoby osiągania konsensusu bez centralnego serwera. Jednym z przełomowych pomysłów był tzw. dowód pracy (Proof of Work) – koncepcja wymagająca wykonania kosztownej obliczeniowo operacji, aby uzyskać określone uprawnienie w systemie.

To na tej bazie w 1997 roku Adam Back zaproponował system Hashcash, którego celem było ograniczenie spamu e-mailowego. Nadawca wiadomości musiał wykonać niewielką, ale mierzalną pracę obliczeniową. Dla pojedynczej wiadomości koszt był znikomy, ale przy masowej wysyłce stawał się nieopłacalny.

Czyli nie miało to nic wspólnego z pieniądzem?

– Zupełnie. Chodziło o narzędzie ekonomizacji zasobów obliczeniowych.

Jak doszliśmy w takim razie do koncepcji cyfrowej gotówki?

– Powstała ona równolegle. David Chaum już w latach 80. opracował system anonimowych płatności oparty na kryptografii klucza publicznego. Późniejsze projekty, próbowały połączyć kryptografię z mechanizmem ograniczonej podaży i dowodem pracy. Brakowało jednak skutecznego rozwiązania problemu podwójnego wydania bez centralnego rejestru.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Przełom nastąpił w 2008 roku, gdy Satoshi Nakamoto opublikował koncepcję Bitcoin. Połączył on Proof of Work z łańcuchem bloków (blockchainem), tworząc system, w którym historia transakcji jest publiczna i kryptograficznie zabezpieczona. Każdy blok zawierał skrót poprzedniego, co powodowało, iż zmiana jednego elementu wymagałaby przeliczenia całej późniejszej historii oraz przejęcia większości mocy obliczeniowej sieci. To właśnie ekonomiczny koszt ataku stanowi fundament bezpieczeństwa. Dopiero przełom lat 2009 i 2010 przyniósł nam Bitcoina w formie, którą znamy.

Co tak naprawdę wiemy o jego powstaniu?

– W zasadzie niewiele, ponieważ Satoshi Nakamoto zniknął z przestrzeni publicznej w 2010 roku i nigdy nie ujawnił swojej tożsamości. Komunikował się wyłącznie mailowo i na forach programistycznych. Szacuje się, iż kontroluje około 1 mln BTC z wczesnego okresu kopania, które do dziś pozostają nieruszone. Sam fakt ich niewydania wzmacnia narrację, iż projekt miał charakter protokołu, a nie przedsięwzięcia nastawionego na osobisty zysk.

Koncepcja Bitcoina nie była manifestem politycznym, ale kwestią techniczną. System miał funkcjonować bez konieczności zaufania do instytucji, które mogą być ratowane kosztem podatników, a których polityka monetarna podlega decyzjom politycznym. Pierwotna wizja zakładała: brak centralnego emitenta, z góry określoną podaż, odporność na cenzurę, oraz globalny, otwarty dostęp do systemu płatności.

Nie bez znaczenia był tu kryzys finansowy z 2008 roku. Zaufanie do sektora bankowego legło wtedy w gruzach.

– Upadek Lehman Brothers, kolejne bankructwa i gigantyczne ratowanie korporacji z publicznych pieniędzy (tzw. bailouty) doprowadziły do narodzin ruchów takich jak „Occupy Wall Street”. Pojawiły się wtedy silne tendencje anarchistyczno-lewicowe, szukające drogi do uniezależnienia się od korporacyjnego finansowania.

Do tego dochodzi aspekt czysto ekonomiczny. Podaż Bitcoina jest ograniczona do 21 milionów sztuk. Tradycyjny pieniądz jest z natury inflacyjny. Po Wielkim Kryzysie lat 30. i popularyzacji teorii Keynesa przyjęto paradygmat, iż pieniądz musi być płynny, a popyt w gospodarce wystarczająco wysoki, by unikać bezrobocia. Jednak dla wielu osób inflacja to po prostu „okradanie” ich oszczędności z realnej wartości. Bitcoin miał być odpowiedzią na ten stan rzeczy – aktywem, które ze względu na swoją rzadkość powinno zyskiwać na wartości wraz z upływem czasu.

A skąd miała wynikać wartość pieniężna Bitcoina w ramach tej idei?

– Nie wynika ona z decyzji rządów czy rezerw kruszcu, ale z matematycznych reguł zapisanych w kodzie, co odróżnia go od pieniądza fiducjarnego opartego na autorytecie państwa. Fundamentem tej koncepcji jest programowa rzadkość: ograniczona podaż, której nie da się zwiększyć poprzez „dodruk” w reakcji na kryzysy. Ta mechaniczna bariera, w połączeniu z rosnącą akceptacją, tworzy narrację o „cyfrowym złocie”.

Drugim filarem jest realny koszt wytworzenia w procesie Proof of Work, wymagający nakładów energii i sprzętu, co kotwiczy wartość Bitcoina w zużytych zasobach. Istotna jest także jego użyteczność jako narzędzia do natychmiastowych, odpornych na cenzurę transferów globalnych bez pośredników. Rozwiązując konkretne problemy – jak restrykcje kapitałowe czy ryzyko konfiskaty – sieć generuje realny popyt, który wzmacnia dodatkowo efekt sieciowy.

Bez połączenia z tradycyjnym systemem finansowym kupienie czegokolwiek za kryptowalutę jest niemal niemożliwe. Na co dzień płacimy w złotówkach czy dolarach i to się raczej nie zmieni

Jakub Wierzbicki

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Ostatecznie Bitcoin zdobywa wartość w procesie rynkowym, a nie poprzez dekret. Jego cena odzwierciedla dobrowolne uznanie uczestników, iż matematycznie egzekwowana rzadkość i przewidywalność zasad stanowią bezpieczną alternatywę dla systemu opartego na politycznie sterowanej podaży pieniądza.

Wspomniałeś o mocach obliczeniowych. Z tego, co pamiętam, na początku, gdy technologia była jeszcze „młoda”, ludzie używali po prostu domowych komputerów, tworząc z nich tak zwane „koparki”…

– Wszystko opiera się na wspomnianym mechanizmie Proof of Work. „Kopiemy” nagrody w zamian za to, iż nasze urządzenia potwierdzają transakcje w sieci blockchain. Cały system jest tak zaprojektowany, aby nowy blok transakcji powstawał średnio co 10 minut. jeżeli do sieci dołącza więcej „koparek”, algorytm automatycznie zwiększa trudność zadania, by utrzymać to tempo. Maszyny wykorzystują swoją moc obliczeniową do rozwiązywania skomplikowanych problemów kryptograficznych – to trochę jak gigantyczna, cyfrowa loteria. Ten, kto pierwszy rozwiąże zagadkę i „wykopie” blok, otrzymuje nagrodę.

W domowych warunkach trafienie nagrody graniczy dziś z cudem, dlatego użytkownicy łączą się w tak zwane „pule wydobywcze” (mining pools). Sumują one moc obliczeniową wielu osób, a wypracowane nagrody rozdzielają proporcjonalnie między wszystkich uczestników. Ten proces nie służy tylko zarabianiu – on zapewnia bezpieczeństwo. Dzięki decentralizacji żaden pojedynczy człowiek nie może sfałszować transakcji ani przelać sobie cudzych środków. Aby oszukać system, musiałbyś posiadać aż 51 proc. całkowitej mocy obliczeniowej całej sieci. Dopiero wtedy zyskałbyś „większość głosów” i mógłbyś nadpisywać historię transakcji. Przy obecnej skali Bitcoina przejęcie takiej kontroli jest praktycznie niewykonalne i niewyobrażalnie drogie.

To wszystko pociąga też za sobą ogromne zużycie energii.

– Działa jak kula śnieżna: im więcej osób kopie, tym trudniejsze stają się obliczenia i tym więcej prądu potrzeba. Doszło do tego, iż wydobyciem zajmują się dziś wyspecjalizowane korporacje, które budują całe hale wypełnione sprzętem. Słyszałem choćby o przypadkach, gdzie całe elektrownie były dedykowane wyłącznie zasilaniu takich centrów danych. Trudność wzrosła do poziomów, o których domowi użytkownicy mogą tylko pomarzyć.

Warto jednak pamiętać, iż na samym początku Bitcoin wcale nie cieszył się oszałamiającą popularnością. To był raczej niszowy instrument dla geeków. Z obiegu popkulturowego znam historie o turniejach gamingowych, gdzie nagrody za najniższe miejsca na podium były wypłacane właśnie w Bitcoinach – można było dostać jedną, a choćby pięćdziesiąt sztuk, co wtedy traktowano niemal jak nagrodę pocieszenia.

– Tak, krąży mnóstwo takich opowieści na forach technologicznych. Klasykiem jest historia o 50 Bitcoinach, które oferowano zamiast pizzy. Za pierwsze miejsce w jakimś konkursie była prawdziwa pizza, a za drugie właśnie te Bitcoiny – traktowane wtedy jako technologiczna ciekawostka bez realnej wartości.

Mimo iż koncept Proof of Work nie jest idealny – choćby ze względu na ogromne zużycie energii i wysokie koszty środowiskowe – to właśnie ten system dał Bitcoinowi „pierwszeństwo” w budowaniu wartości. Z czasem, dzięki sztywno ograniczonej podaży, Bitcoin zaczął przyciągać coraz więcej osób, które dostrzegły w nim nie tyle środek płatniczy do codziennego użytku, ile aktywo inwestycyjne.

Umówmy się: bez połączenia z tradycyjnym systemem finansowym kupienie czegokolwiek za kryptowalutę jest niemal niemożliwe. Na co dzień płacimy w złotówkach czy dolarach i to się raczej nie zmieni.

Czyli dopiero fuzja kryptowalut z tradycyjnymi finansami otworzyła realne możliwości ich wykorzystania?

– Owszem. Z czasem nastąpiła instytucjonalizacja: fundusze hedgingowe zaczęły traktować BTC jako aktywo spekulacyjne, spółki giełdowe włączyły go do bilansów, powstały regulowane instrumenty pochodne, w niektórych jurysdykcjach zatwierdzono ETF-y oparte na tej kryptowalucie.

Sale!

Lud i elity – konflikt nieuchronny? | Wierzący rodzice niewierzących dzieci | Ucieczki i powroty

32,30 35,90
Do koszyka
Książka – 32,30 35,90 E-book – 29,00 32,30

W efekcie Bitcoin z alternatywy wobec systemu finansowego stał się elementem tego systemu. Paradoks polega na tym, iż protokół pozostaje zdecentralizowany, ale jego ekosystem infrastrukturalny (giełdy, fundusze) w dużej mierze działa w ramach tradycyjnych regulacji i nadzoru.

Historia potoczyła się inaczej niż zakładali najwcześniejsi entuzjaści. Bitcoin nie zastąpił banków centralnych. Stał się cyfrowym aktywem o ograniczonej podaży, używanym jako magazyn wartości, instrument spekulacyjny i element portfeli inwestycyjnych. Jednocześnie zachował fundamentalną cechę: brak możliwości arbitralnej emisji i kontroli przez pojedynczy podmiot.

A jak adekwatnie doszło do tego połączenia dwóch, wydawałoby się, sprzecznych światów?

– To był proces ewolucyjny. Im więcej osób interesowało się technologią, tym bardziej Bitcoin rósł w siłę. Najpierw działo się to oddolnie – przez entuzjastów. Pierwsza duża bańka, która wprowadziła Bitcoina do mainstreamu, pękła około 2018 roku. Wtedy ludzie masowo zaczęli postrzegać go jako sposób na szybki zarobek.

Prawdziwy boom nastąpił jednak w erze COVID-19. Gdy rządy zaczęły stosować luzowanie ilościowe, rynek został zalany pieniędzmi. Bitcoin zadziałał wtedy jak gąbka wchłaniająca nadmiar płynności. Instytucje i inwestorzy indywidualni, nie mogąc przeznaczyć wszystkiego na konsumpcję, szukali miejsca na ulokowanie kapitału. W następstwie za tym poszli gracze tacy jak Elon Musk czy politycy pokroju Donalda Trumpa. Prawicowe skrzydło amerykańskiej polityki dostrzegło w tym interes – może nie tyle „wizję przyszłości”, ile realną okazję do zysku.

To wtedy zaczęła się pełna legalizacja Bitcoina jako aktywa na równi z akcjami czy obligacjami?

– Tak, kilka lat temu fundusze inwestycyjne zaczęły oferować instrumenty oparte na kryptowalutach. Dziś można zainwestować w Bitcoina, otwierając zwykły rachunek maklerski, bez konieczności szukania bitomatów czy zakładania kont na egzotycznych giełdach. W Stanach Zjednoczonych podpięto to choćby pod plany emerytalne. To właśnie wtedy strumień oszczędności emerytalnych Amerykanów popłynął w stronę kryptowalut, ostatecznie pieczętując ich sojusz z tradycyjnym systemem. Kiedy Stany Zjednoczone uznają coś za pełnoprawne aktywo finansowe, reszta świata zwykle nie ma wyboru i musi iść tą samą drogą.

Poza przyjęciem filozofii Bitcoina przez amerykańską prawicę, jednocześnie mówi się o tym, iż rodzina Donalda Trumpa i jego obóz polityczny zarobił na kryptowalutach.

– Trumpowie oraz powiązane z nią podmioty znacząco rozwinęły działalność w sektorze aktywów cyfrowych, co potwierdzają liczne raporty i śledztwa. Kluczowym przedsięwzięciem jest projekt World Liberty Financial (WLFI), współzałożony w 2024 roku przez synów Trumpa. Struktura korporacyjna WLFI oraz emisja stablecoina USD1 została zaprojektowana tak, aby ok. 75 proc. przychodów z tych projektów trafiało bezpośrednio do firm kontrolowanych przez rodzinę, co czyni z nich głównych beneficjentów wpłat od inwestorów.

Skala generowanych zysków jest ogromna – szacuje się, iż w 2025 roku łączne wpływy z działalności kryptowalutowej mogły przekroczyć miliard dolarów. Oprócz oficjalnych platform, rodzina czerpała korzyści z popularności memecoinów (np. $TRUMP) oraz zaangażowania w wydobycie Bitcoina. Choć wiele z tych projektów opierało się na spekulacji, generowały one setki milionów dolarów poprzez opłaty transakcyjne i szybki wzrost wartości rynkowej, często kosztem późnych inwestorów.

Oskarżenia o konflikty interesów wynikają z faktu, iż część tej działalności narodziła się w momencie, gdy Donald Trump był prezydentem, co stwarza potencjalne napięcia między obowiązkami publicznymi a prywatnymi korzyściami jego rodziny. Promocja i korzystanie z imienia Trumpa w projektach kryptowalutowych mogła ułatwić im pozyskiwanie inwestorów i kapitału w sposób, który nie byłby możliwy bez politycznego rozgłosu.

Jednocześnie kurs Bitcoina jest niezwykle wrażliwy na to, co dzieje się nie tylko w amerykańskiej polityce, ale również w tradycyjnych finansach po drugiej stronie Atlantyku.

– Ponieważ to właśnie tam kumuluje się największy kapitał instytucjonalny. Wróćmy do okresu pandemii COVID-19. Aby utrzymać popyt w czasie, gdy ludzie siedzieli w domach, amerykański system zaczął pompować w gospodarkę ogromne ilości gotówki – to było słynne quantitative easing. Ludzie dostali pieniądze, których nie mogli wydać na usługi czy podróże, więc szukali zysków na rynkach kapitałowych.

Kiedy w systemie jest dużo taniego pieniądza, kursy wystrzeliwują – widzieliśmy to nie tylko na przykładzie kryptowalut, ale i na amerykańskich akcjach. Jednak Bitcoin reaguje najszybciej i najmocniej: gwałtownie rośnie, gdy płynność jest duża, i równie gwałtownie spada, gdy kapitał zaczyna uciekać z rynku. Do tego dochodzi efekt skali – na początku kupowali tylko pasjonaci technologii, dziś robią to fundusze i zwykli inwestorzy. A im więcej pieniędzy płynie do danego aktywa, tym wyżej szybuje jego cena.

Ale nie oszukujmy się: sam Bitcoin nie jest dziś specjalnie praktyczny. Jako środek płatniczy wypada dość blado. Opiera się na mechanizmie Proof of Work, co sprawia, iż koszty pojedynczego przelewu bywają bardzo wysokie, a sama technologia jest po prostu wolna.

W Polsce, poza tematem giełdowych spadków, o kryptowalutach mówi się najczęściej w kontekście przestępczości.

– Narracja o kryptowalutach opiera się na anonimowości, która w przypadku Bitcoina czy Ethereum jest jedynie pseudoanonimowością. Wszystkie transakcje są publiczne i trwałe, a choć adres portfela nie zawiera nazwiska, pozostawia ślad. jeżeli zostanie on powiązany z tożsamością (np. poprzez giełdę lub wyciek danych), cała historia operacji staje się jawna, co wykorzystują wyspecjalizowane firmy analityczne.

Narracja o kryptowalutach opiera się na anonimowości, która w przypadku Bitcoina jest jedynie pseudoanonimowością. Wszystkie transakcje są publiczne i trwałe, a choć adres portfela nie zawiera nazwiska, pozostawia ślad

Jakub Wierzbicki

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Zupełnie inaczej działa Monero, które dzięki podpisom pierścieniowym i ukrytym adresom zapewnia pełną prywatność. Zewnętrzny obserwator nie widzi nadawcy, odbiorcy ani kwoty przelewu. Ta technologia budzi ogromną ambiwalencję: z jednej strony chroni dziennikarzy i opozycję w państwach autorytarnych, z drugiej – ułatwia działania w darknecie, wymuszenia ransomware czy omijanie sankcji.

Chociaż na poziomie protokołu sieć jest niecenzurowalna, użytkownicy stykają się z regulowanym systemem finansowym. Pod presją nadzoru wiele giełd wycofało Monero z oferty, by ograniczyć ryzyko prawne. Mimo to użytkownicy wciąż mogą korzystać ze zdecentralizowanych giełd, wymieniając prywatne aktywa na inne, łatwiejsze do upłynnienia kryptoaktywa.

Jednocześnie pojawia się również kwestia gry wywiadowczej, rekrutacji agentów, m.in. przez FSB. Czy tutaj działa to podobnie jak w światku przestępczym?

– Technologia blockchain umożliwia bezpośrednie, szybkie i globalne przesyłanie wartości bez pośredników, co czyni ją atrakcyjną dla służb wywiadowczych, takich jak rosyjska FSB czy GRU. Analizy bezpieczeństwa wskazują, iż instytucje te eksperymentalnie wykorzystywały kryptowaluty do finansowania agentów oraz przesyłania sygnałów operacyjnych ukrytych w łańcuchu bloków.

W praktyce działania te przypominają operacje kryminalne: agenci otrzymują wynagrodzenie w kryptoaktywach, co pozwala omijać standardowe blokady bankowe i nadzór. Aby utrudnić identyfikację odbiorców, służby korzystają z narzędzi zaciemniających, takich jak miksery czy rozbijanie transakcji na wiele portfeli. W Europie odnotowano już przypadki transferów, które miały cechy typowe dla operacji wywiadowczych oraz sabotażowych.

Ale jednocześnie blockchain staje się narzędziem dla kontrwywiadu i policji. Organy ścigania inwestują w zaawansowaną analitykę, która pozwala identyfikować wzorce przepływów i powiązywać anonimowe portfele z konkretnymi tożsamościami ujawnionymi np. na giełdach kryptowalut.

W którym momencie pojawia się miejsce na ingerencję służb?

– Służby mogą interweniować dopiero na styku dwóch światów – w momencie, gdy kryptowaluta jest zamieniana na tradycyjny pieniądz, jak złotówki czy dolary. Tylko na poziomie giełd i kantorów można nałożyć skuteczną kontrolę. w tej chwili wprowadzane są coraz ostrzejsze regulacje, jak procedury Know Your Customer czy systemy przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy (Anti-Money Laundering). Oczywiście przestępcy od lat radzą sobie, zakładając konta na tzw. słupów, i podobnie dzieje się na giełdach kryptowalut. Czy te regulacje są skuteczne? O tym można dyskutować godzinami, ale na pewno sprawiają, iż ten „dziki zachód” staje się dla przestępców nieco mniej wygodny.

Mimo tych wszystkich procedur kontrolnych, kryptowaluty i tak będą wykorzystywane do podejrzanych transakcji. Co to oznacza w dzisiejszych realiach?

– To oznacza chociażby finansowanie działań Rosji czy handel narkotykami. Kryptowaluty to idealne narzędzie dla kogoś, kto chce wyjechać z kraju z dużym kapitałem, nie ryzykując przewożenia gotówki ani blokady przelewu przez bank. Wpłacasz środki na portfel i masz do nich dostęp w dowolnym miejscu na świecie, poza zasięgiem komorników czy służb skarbowych.

Właśnie dlatego realizowane są intensywne próby uregulowania tego rynku. Na czym one polegają i jak oceniasz ich skuteczność?

– Na poziomie unijnym kluczowym aktem jest rozporządzenie MiCA (Markets in Crypto-Assets). Jego celem było ujednolicenie rynku w całej Unii Europejskiej i wprowadzenie jasnych zasad emisji nowych kryptowalut oraz tworzenia ich prospektów. To ułatwienie dla dużych graczy i instytucji. Trzeba jednak pamiętać, iż jeżeli ja lub ty będziemy chcieli prywatnie wprowadzić nowy token do obiegu, MiCA nas nie powstrzyma – technologia po prostu na to pozwala i tego nie da się zablokować.

Problem pojawia się w sposobie, w jaki MiCA jest wdrażana w Polsce. Mam wrażenie, iż nasze krajowe przepisy idą o krok za daleko. Uprawnienia przyznane Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) są co najmniej niepokojące. Cały świat zachodni zaadoptował już kryptowaluty i nie da się z nimi walczyć na poziomie jednego kraju. jeżeli chcemy być częścią bloku zachodniego, nie możemy dusić tego sektora nadmiernymi restrykcjami.

Sale!
  • Wiesław Dawidowski OSA
  • Damian Jankowski

Leon XIV. Papież na niespokojne czasy

28,00 35,00
Do koszyka
Książka – 28,00 35,00 E-book – 25,20 31,50

Czy ta ustawa faktycznie uderza w konkretne podmioty?

– Przede wszystkim w mniejszych graczy. Moim zdaniem KNF bywa nieskuteczna w faktycznym ściganiu oszustw – tym powinny zajmować się policja i prokuratura. MiCA miała stworzyć bezpieczny port dla firm, aby chciały one u nas inwestować i tworzyć produkty finansowe. Tymczasem polska wersja przepisów nakłada na start-upy ogromne koszty i bariery biurokratyczne, jak choćby wymóg zatwierdzania prospektów przez Komisję.

Dla małej firmy, która dopiero zaczyna i nie ma wielkiego zaplecza finansowego, konieczność toczenia batalii z urzędnikami może być wyrokiem śmierci. KNF zyskała prawo do nakładania kar administracyjnych czy blokowania stron, co może wykończyć choćby uczciwy biznes, który po prostu nie spełnił jakiegoś specyficznego oczekiwania urzędu. Oczywiście można się potem odwoływać do sądów, ale czas to pieniądz. Innowacyjny start-up nie będzie czekał latami na wyrok – po prostu przeniesie się do innego kraju Unii, gdzie przepisy są bardziej przyjazne, a stamtąd i tak będzie mógł działać na polskim rynku. W ten sposób tracimy szansę na zyski z tego sektora, wcale nie zwiększając bezpieczeństwa, bo oszuści i tak znajdą sposób na obejście prawa.

A jak widzisz przyszłość kryptowalut? Ostatnio jesteśmy świadkami spadku wartości Bitcoina, głównego miernika tego aktywa o blisko 40 proc. Czy Twoim zdaniem zainteresowanie tym tematem spadnie, czy też może dynamika i niepewność obecnej sytuacji międzynarodowej popchnie więcej osób w kierunku inwestowania w kryptowaluty?

– Sytuacja, którą obserwujemy teraz, nie jest niczym nowym w cyklu życia rynku kryptowalut. Te aktywa charakteryzują się wysoką amplitudą ruchów i często reagują mocniej niż tradycyjne klasy aktywów na zmiany makroekonomiczne, geopolityczne i nastroje inwestorów.

Spadki nie oznaczają końca. W przeszłości Bitcoin i rynek altcoinów przechodziły już przez fazy silnych korekt, po których następowały nowe hossy. Różnica między obecnym okresem a poprzednimi cyklami polega na tym, iż rynek jest dziś bardziej dojrzały – większa liczba uczestników instytucjonalnych, więcej regulacji oraz rozwinięta infrastruktura (ETF, usługi powiernicze, kontrakty). To wpływa zarówno na skalę wzrostów, jak i na dynamikę spadków.

Rynek kryptowalut nigdy nie był jednolitym tworem o stałych adekwatnościach. Składa się z wielu segmentów: Bitcoin jako magazyn wartości, tokeny użytkowe, stablecoiny, NFT, infrastruktura blockchain. Każdy z tych segmentów reaguje inaczej na impulsy w skali makro. choćby w korektach często powstają nowe projekty, które zyskują uwagę rynku i kapitał.

W perspektywie średnioterminowej można spodziewać się, iż cykliczne wzrosty i spadki będą się utrzymywać, a rynek będzie stopniowo dojrzewał, przesuwając część kapitału z inwestorów detalicznych do instytucjonalnych. To nie oznacza likwidacji zmienności, oznacza większą skalę i złożoność, ale zwiększa prawdopodobieństwo, iż kryptowaluty pozostaną istotnym elementem globalnej architektury finansowej, szczególnie iż już dziś mówi się o pomysłach wykorzystania oficjalnych stablecoinów emitowanych przez banki centralne.

Jakub Wierzbicki – członek Polskiej Sieci Ekonomii, ekonomista, analityk biznesowy, absolwent Akademii Leona Koźmińskiego. Naukowo zainteresowany rolą państwa w gospodarce, finansami, zarządzaniem strategicznym i ekonomią postkeynesowską.

Idź do oryginalnego materiału