Według badań uznajemy, iż wyizolowana jednostka jest sprawczynią wszystkiego, co dobre i co złe w jej życiu. Że jak ktoś nie chce „zmienić pracy i wziąć kredytu”, to jest po prostu bezradnym leniem.
Jak bardzo dumne były nowoczesne media, iż oto młode pokolenia odkrywają myślenie komunitarne, solidarność, iż nie wierzą w propagandę korwinizmu, iż neoliberalizm kończy się dzięki edukacji. Że już nie będzie „wąsatych wujów”, „januszy” i „dziadersów”. Że firmy coraz bardziej dbają o work-life balance, o zarządzanie turkusowe, o partycypację. Że liberałowie wiedzą już, jak bardzo „byli głupi” (jak mówił profesor Marcin Król w imieniu swojej formacji umysłowej), bo nie zadbali o ofiary przemian gospodarczych, bo gardzili ludem – ale dziś już nie są głupi i dziś już by zadbali.
Tymczasem z najnowszego komunikatu CBOS (nr 9/2026, „Społeczne postrzeganie ubóstwa”) wynika coś odwrotnego. Polacy z roku na rok coraz częściej za przyczynę biedy uznają lenistwo (56 proc. w 2025 r. wobec 27 proc. w roku 2000) oraz bezradność (odpowiednio 51 proc. i 20 proc.), a coraz rzadziej – brak wsparcia ze strony państwa (8 proc. wobec 34 proc.).
Błędny wniosek
Polacy po 1989 roku, także pod wpływem propagandy biznesowej idącej z Zachodu, mocno uwierzyli w „bycie kowalem własnego losu” – mówiąc niefortunnymi słowami prezydenta Komorowskiego, w „zmień pracę i weź kredyt”. Jednak zderzyli się ze ścianą.
Okazało się, iż na wolnym rynku wcale nie wystarczą dobre chęci i umiejętności. Że – zwłaszcza na początku – dużo skuteczniejsze są stare, peerelowskie układy. Monopoliści z wielkim kapitałem z Zachodu zżerają małe firmy założone przez entuzjastycznych Polaków. A bardzo ważny, jeżeli nie najważniejszy, jest odziedziczony kapitał społeczny, majątek, stabilizacja, poduszka finansowa, i tak dalej.
WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Tym doświadczeniom towarzyszyły kolejne odkrycia socjologii i psychologii, coraz bardziej świadomych tego, jak bardzo jesteśmy od siebie współzależni, i tego, iż nasza sprawczość jest ograniczona. Czasem ktoś po prostu nie może założyć firmy i wziąć kredytu – bo nie ma siły, bo nie ma wsparcia, bo nie ma umiejętności. Wtedy tego wsparcia potrzebuje, inaczej sobie nie poradzi.
Okazuje się jednak, iż coraz silniej wierzymy, iż to wyizolowana jednostka jest sprawczynią wszystkiego, co dobre i co złe w jej losie. Że jak ktoś nie chce „zmienić pracy i wziąć kredytu”, to jest po prostu bezradnym leniem.
Owszem, sytuacja się zmieniła, i gospodarczo Polska stoi lepiej niż na przykład w 2004 roku. Patrząc na wskaźniki, ktoś może sobie pomyśleć: „Jeśli dzisiaj, w tej lepszej sytuacji, komuś nie udaje się wyjść z biedy, to na pewno z lenistwa”. Ale to przez cały czas błędny wniosek.
Bo zmienił się też rynek pracy – stał się bardziej wymagający, mniej stabilny, bardziej sfragmentaryzowany. Zmieniły się koszty życia. Umiejętności, które kiedyś wystarczały, dziś nie wystarczają. A przede wszystkim – nie zmieniły się mechanizmy wykluczenia: brak kapitału społecznego, brak sieci kontaktów, brak wspomnianej poduszki finansowej, brak dostępu do dobrej edukacji w mniejszych miejscowościach.
W sporze o przyczyny biedy ścierają się dwa spojrzenia. Liberałowie gospodarczy – w Polsce najczęściej chyba wśród elektoratu Konfederacji, Brauna i PO – akcentują własne wybory i „bycie kowalem własnego losu”. Komunitaryści i socjaliści – w Polsce głównie elektorat PiS oraz część elektoratu Lewicy i Razem, wbrew pozorom nie aż taka duża – akcentują wpływy z zewnątrz, wsparcie społeczne i tym podobne.
„Skoro ci źle, to twoja wina”
Prawidłowa odpowiedź jest, jak zwykle, złożona. Mniej więcej połowa to zaradność, motywacja, wola – a druga połowa to wsparcie z zewnątrz: od rodziny, społeczności, państwa. Ani ludzie nie są bezwolnymi zabawkami ślepych sił, ani nie żyją w próżni, w której wystarczą dobre chęci. Nie uważam, iż ludzie są pozbawieni sprawczości i pozostają zabawką ślepych sił zewnętrznych. Wręcz przeciwnie. Ale wiem dobrze, iż żeby uruchomić tę sprawczość, potrzeba wsparcia. Solidarności. Jako Polacy mamy tu dobrą tradycję.
Tyle iż dane CBOS pokazują, iż od tej tradycji odchodzimy. Nie w stronę jakiegoś wyrafinowanego libertarianizmu filozoficznego, ale w stronę najprostszego z możliwych rozwiązań poznawczych: „skoro ci źle, to twoja wina”. Rozwiązania, które zwalnia z odpowiedzialności za drugiego człowieka.
Gdybym miał wskazać, w kogo celuje moja ironia, to nie w libertarian i nie w biednych – ale w naiwnych idealistów, głównie lewicowych, którzy wierzyli, iż oto Polacy już się „zmienili” i patrzą na świat solidarnościowo. Nie, nie patrzą. Coraz mniej nawet.
Ludzie formują swoje poglądy poprzez doświadczenie. A polskie doświadczenie ostatnich trzydziestu pięciu lat, ze wszystkimi jego sukcesami i porażkami, uczy jednego: radź sobie sam
Jarema Piekutowski
Ci idealiści mówili nam, iż pokolenie, które dorasta z Netfliksem, podcastami i dostępem do globalnej wiedzy, będzie inne. Będzie rozumiało kontekst, będzie wrażliwe, będzie myślało systemowo. A tymczasem to pokolenie – a w zasadzie nie tylko ono, bo trend dotyczy wszystkich grup wiekowych – coraz chętniej sięga po najprostsze wyjaśnienie ludzkiego losu: sam sobie winien.
I to jest właśnie najciekawszy – i najsmutniejszy – wniosek z tych danych. Nie to, iż Polacy „źle myślą”. Nie to, iż są „nieedukowani”. Tylko to, iż proces, który miał iść w jednym kierunku – ku coraz większej świadomości współzależności, ku rozumieniu ograniczeń indywidualnej sprawczości, ku solidarności – zawrócił. I to nie dlatego, iż ktoś go zawrócił celowo, iż jakiś złowrogi aktor narzucił ludziom neoliberalną ideologię. Raczej dlatego, iż ideologia „kowala własnego losu” jest głęboko osadzona w polskim doświadczeniu transformacji. Była tam obecna od początku – od pana z czarną teczką w elitarnym liceum, od Rockefellera w telewizji, od „zmień pracę i weź kredyt”.
Przez pewien czas wydawało się, iż zderzenie z rzeczywistością tę ideologię osłabiło. Że bolesne doświadczenia lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych skłoniły Polaków do refleksji, iż „nie każdy może być kowalem”. Ale teraz, gdy jest względnie lepiej, wraca stary odruch. Skoro ja sobie radzę – to czemu tamten nie? Widocznie nie chce.
Coraz większa atomizacja
Dane CBOS sygnalizują coś, co umyka zarówno lewicowym optymistom (dla których Polska nieuchronnie idzie ku solidarności), jak i prawicowym pesymistom (dla których państwo opiekuńcze nieuchronnie demoralizuje). Rzeczywistość, jak to ma w zwyczaju, idzie własną drogą.
A ta droga prowadzi w stronę coraz większej atomizacji i coraz silniejszego przekonania, iż każdy jest sam. To nieprawda – ale to coraz bardziej powszechne przekonanie. I same wykłady, same podcasty, same artykuły w mądrych czasopismach tego nie zmienią. Ludzie bowiem nie formują swoich poglądów na świat przede wszystkim przez edukację. Formują je przez doświadczenie. A polskie doświadczenie ostatnich trzydziestu pięciu lat, ze wszystkimi jego sukcesami i porażkami, uczy jednego: radź sobie sam.
Żeby to zmienić, nie wystarczy lepiej tłumaczyć. Trzeba zbudować instytucje i praktyki społeczne, które pokażą – nie powiedzą, ale pokażą – iż solidarność działa. Że wsparcie ma sens. Że troska nie jest słabością.
Polacy potrzebują nie kolejnego wykładu o współzależności, ale doświadczenia współzależności. Bo ludzie – choćby ci z dyplomami, choćby ci z dostępem do najlepszych badań – wierzą w to, co przeżyli, a nie w to, co im powiedziano.

3 godzin temu














