Komunikować Nadzieję

3 godzin temu

Nadzieja to nie optymizm – to odwaga patrzenia w oczy rzeczywistości. Bp Erik Varden diagnozuje czasy, w których „świadomość zranienia przenika naszą codzienność niczym mgła”. Czy w bólu pokolenia Z i ranach Chrystusa potrafimy jeszcze dostrzec zapowiedź chwały? Przeczytaj profetyczny tekst o świetle, które świeci najmocniej tam, gdzie panuje mrok.

Więcej artykułów o Kościele znajdziesz na stronie głównej: ewtn.pl

Źródło: https://coramfratribus.com/life-illumined/; EWTN Polska
Photo credit: EWTN Polska
Tekst został przetłumaczony i opracowany na podstawie oryginalnych materiałów źródłowych przez EWTN Polska.
Jeśli chcesz być na bieżąco zapraszamy do zapisania się do newslettera.
Subskrybuj newsletter
Wesprzyj naszą misję

11 października 1962 roku papież św. Jan XXIII uroczyście otwierał Sobór Watykański II. Powiedział wówczas, iż „największą troską” Soboru będzie to, aby „święty depozyt doktryny chrześcijańskiej był strzeżony i nauczany w sposób bardziej skuteczny. Doktryna ta obejmuje całego człowieka, złożonego z duszy i ciała, i nam, mieszkającym na tej ziemi, nakazuje dążyć jako pielgrzymi do niebieskiej ojczyzny”.

Mniej niż tydzień po przemówieniu papieża wybuchł kubański kryzys rakietowy: ludzkość wydawała się zdecydowana pozbyć się ziemskiej egzystencji, nie myśląc o żadnym horyzoncie eschatologicznym. Z ranami II wojny światowej wciąż otwartymi, nasza rasa generowała nowe i przerażające perspektywy samozniszczenia.

Od Soboru Watykańskiego II do współczesnej beznadziei

Soborowi towarzyszył klimat niepewności; jednocześnie okres ten był pełen żarliwych nadziei na nowe społeczeństwo oparte na prawach człowieka, sprawiedliwym handlu i postępie technicznym. Sobór pragnął mówić o „trwożnych pytaniach o obecną ewolucję świata, o miejsce i zadanie człowieka we wszechświecie, o sens własnych wysiłków indywidualnych i zbiorowych, a wreszcie o ostateczny los rzeczy i ludzi”. Nie tylko zmierzył się z problemami: wskazał ich rozwiązanie, ogłaszając, iż Chrystus, ukrzyżowany i zmartwychwstały, wciela przyszłość ludzkości. Sobór powierzył Kościołowi zadanie głoszenia Chrystusa w taki sposób, aby jawił się On wyraźnie i przekonująco jako odpowiedź na najpilniejsze pytania obecnego czasu, nie naruszając w najmniejszym stopniu świętego depozytu doktryny.

Możemy zadać sobie pytanie, czy w ciągu sześćdziesięciu lat, które upłynęły od zamknięcia Soboru, wiara w moc i skuteczność tego depozytu była zawsze i wszędzie zachowywana. Każde pokolenie chrześcijańskie jest wezwane do postrzegania siebie w świetle kontrastu, który św. Paweł nakreśla Efezjanom: między miarą pełnowymiarowości Chrystusa – obecną w jedności wiary i poznania, w dojrzałości człowieka – a stanem dziecięcym, ciągłym miotaniem się pod wpływem każdego powiewu doktryny, przyciąganym to przez spryt, to przez podstęp, to przez łatwy optymizm.

Chrystus wzywa nas do komunikowania światu nadziei. Posiadanie nadziei chrześcijańskiej niekoniecznie oznacza bycie optymistą: chrześcijanin wyrzeka się „pobożnych życzeń” (wishful thinking), wybierając z determinacją rzeczywistość. Demagodzy obiecują, iż sprawy pójdą ku lepszemu; roszczą sobie demiurgiczną władzę nad zmianą wspólnot w ciągu jednej kadencji wyborczej, odciągając masy od doznanych rozczarowań darami chleba, igrzyskami cyrkowymi i zniesławianiem przeciwników. Jakże inne są słowa Chrystusa: „Ubogich zawsze będziecie mieć u siebie”. Twierdzi On, iż „powstanie naród przeciw narodowi”. Przyjdą prześladowania. Wrogami człowieka będą domownicy jego rodziny. W tych deklaracjach nie ma słabej rezygnacji: Pan zobowiązuje nas, swoich uczniów, do nieustannej pracy na rzecz nowej i zdrowej ludzkości ukształtowanej przez miłość, w sprawiedliwości. Prosi nas, byśmy „uzdrawiali chorych, wskrzeskali umarłych, oczyszczali trędowatych, wypędzali złe duchy”. Musimy realizować błogosławieństwa, pozwalając rozbłysnąć ukrytej w nich chwale. Ale gdy idziemy w tym kierunku, przypomina się nam: „Bez Mnie nic nie możecie uczynić”.

Chrystus jest światłością narodów, Lumen Gentium. Tylko On, pełniąc wolę Ojca i działając w Duchu, może odnowić oblicze ziemi. W Nim pokładamy naszą ufność, nie w przemijających podstępach. On może działać przez nas, jeżeli zgodzimy się na cierpliwość. Wielki Post pokazuje nam, iż Bóg, znosząc ranę zadaną Jego miłości do ludzi (filantropii), w swojej Męce osiąga szczyt swojego działania. Nadzieja, którą nam powierza, nie jest nadzieją na Dolinę Łez ostatecznie zmodernizowaną, zdigitalizowaną i zdezynfekowaną: naszą nadzieją jest nowe niebo, nowa ziemia i zmartwychwstanie umarłych.

Czas, w którym żyjemy, łaknie usłyszenia tej ogłoszonej nadziei. Rozważaliśmy niektóre znaki, które nas otaczają: nową świadomość religijną wśród młodych; powrót kategorii prawdy do dyskursu publicznego; poszukiwanie korzeni. Globalne instytucje i sojusze kruszeją, a my znajdujemy się wystawieni na strategiczne, ekologiczne i ideologiczne niebezpieczeństwa. Naturalne jest, iż ludzie rozsądni i dobrej woli pytają, co pośród tak zmiennych parametrów ma szansę przetrwać: zmęczeni budowaniem życia na piasku, szukają solidnej skały. Tymczasem ich serca są niespokojne. Ojcowie Soboru Watykańskiego II stwierdzili w Gaudium et spes, iż najlepsze aspiracje i najmroczniejszy lęk obecnego czasu muszą budzić echo w sercach chrześcijan, ponieważ chrześcijaninowi nie jest obce nic, co jest „prawdziwie ludzkie”.

Gracie Abrams i „rana do zamknięcia” – krzyk młodego pokolenia

Pozwólcie mi podzielić się echem tego typu, które we mnie rezonuje. Rok temu, 8 lutego 2025 roku, amerykańska piosenkarka Gracie Abrams dała koncert w Madrycie. To młoda kobieta, piękna, zamożna, odnosząca sukcesy. W Madrycie miała na sobie białą jedwabną suknię: mogłaby to być suknia ślubna, szata radości, gdyby nie jej długie, czarne wstążki na ramionach – zwiastuny bólu, który, gdy tylko zaczęła śpiewać, stanowił jądro jej przesłania. W jej tekstach obecny jest przenikliwy smutek graniczący z rozpaczą, a może wręcz jej dotykający. Abrams urodziła się w 1999 roku. Jej piosenka Camden zaczyna się od zdania: „Nigdy tego nie mówiłam, ale wiem, iż nie potrafię wyobrazić sobie niczego po dwudziestym piątym roku życia”. Piosenka przywołuje potrzebę ukrycia bólu, „pogrzebania bagażu, aż przestanie być widoczny”, podczas gdy na zewnątrz idzie się po wyznaczonej linii, nazywając to „porządkiem”, mając nadzieję, iż „ktoś zauważy, jak bardzo się staram”. Refren przypominający mantrę brzmi: „Cała ja, rana do zamknięcia, ale zostawiam to wszystko otwarte”.

Występ Abrams w Madrycie został sfilmowany i opublikowany na YouTube przez fankę, która napisała: „Szaleństwo. Brak mi słów. Płakałam. Umierałam. Umarłam”. Tysiące ludzi uczestniczyło w tym koncercie: śpiewali wszyscy razem, znali na pamięć zawiły tekst, uczynili go własnym. Młodzieńczy Weltschmerz nie jest nowością: każde pokolenie znajduje swój sposób na jego wyrażenie. Istnieje jednak osobliwa jakość w lamencie naszych czasów, której nie możemy zlekceważyć jako fetyszyzacji spustoszenia. Słuchając i patrząc, jak śpiewa Gracie Abrams, nie wątpi się w głębię doświadczenia, z którego rodzi się jej krzyk. Niepokojące jest słyszeć, jak ten krzyk podchwytuje, kadencja po melancholijnej kadencji, młody i zwarty tłum: „Chciałam tylko, żebyś wiedział / Nigdy nie byłam dobra w radzeniu sobie z tym… Naprawdę mam nadzieję, iż to przetrwam”. Czy „nadzieja” jest w tych okolicznościach adekwatnym terminem? adekwatnie w to wątpię. To, co rzuca się w oczy w tych tekstach, to beznadzieja w obliczu stale obecnego zagrożenia.

Publiczność Gracie Abrams składa się głównie z dziewcząt. Stereotyp sugeruje, iż chłopcy są inni, skłonni raczej do ponurego uznania trudów życia, gotowi znosić je z hartem ducha dziko brodatego samca. Każdy, kto wychodzi do ludzi i rozmawia z młodymi lub spędza czas w konfesjonale, wie, iż stawka nie jest tak wyraźnie rozdzielona: świadomość bycia zranionym przenika nasze czasy niczym mgła dymu.

Teologia ran: Dlaczego Krzyż nie jest porażką?

Jak niezwykłe jest przeżywanie Wielkiego Postu w takim kontekście: utkwienie wzroku w zranionym i rozciągniętym ciele, twierdząc, iż tutaj znajduje się nadzieja. Przez wieki Kościół był ostrożny w ukazywaniu ran Chrystusa odniesionych podczas Męki, zajęty ujmowaniem w słowa paradoksu stanowiącego serce chrześcijańskiej propozycji: iż w Chrystusie bóstwo i człowieczeństwo są w pełni obecne, iż ten człowiek „narodzony z Maryi Dziewicy” jest jednocześnie „Bogiem z Boga, Światłością ze Światłości”. Dopiero gdy Sobór Chalcedoński dopracował ramy pojęciowe niezbędne do ochrony tej równowagi, duch chrześcijański zyskał wolność, by wyobrażać sobie – nie tylko w słowach, ale także w sztuce, graficznie – upokorzenie dobrowolnie przyjęte przez Boga-Człowieka. Krucyfiks wyłonił się jako chrześcijański emblemat par excellence. Zajął centrum sceny w praktyce kultowej, przynajmniej na Zachodzie, gdzie przedstawienia zranionego Boga stały się punktem skupienia naszych kościołów, stopniowo kształtując świadomość społeczną.

Przypominając chrześcijanom w Koryncie swoje przybycie do nich, Paweł napisał: „Nie przyszedłem zwiastować wam tajemnicy Bożej w górnolotnych słowach lub mądrości. Postanowiłem bowiem nie znać wśród was niczego innego, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to Chrystusa ukrzyżowanego”. Absolutna centralność zbawczej Męki Jezusa przeniknęła doktrynę tego niezrównanego kaznodziei pojednania, miłosierdzia, przemiany przez łaskę, euforii i życia wiecznego. Trzeba odwagi, by iść za jego przykładem w kulturze, która kusi nas do marketingu „weselszej” Ewangelii, przewidywalnej w kategoriach ustalonych procesów i zaprogramowanych wyników. Wokół nas nawy starych katedr, ocienione krzyżem, są oddawane pod minigolfa. Sanktuaria są używane do świeckich skeczy mających, w desperacji, pokazać rzekomą „atrakcyjność”. Tymczasem rzut kamieniem stąd, na arenie świeckiego świata, młodzi kołyszą się niepocieszeni, śpiewając cicho, iż życie jest otwartą raną i iż „nie ma już balsamu w Gilead”.

Dwie sprzeczne tendencje naznaczają dziś wysiłki zmierzające do radzenia sobie z ranami. Z jednej strony ludzie chętnie obnoszą się z nabytymi, odziedziczonymi lub wyobrażonymi ranami jako wyznacznikami tożsamości. Mogą mieć ku temu dobre powody, oparte na wołaniu o sprawiedliwość. Ale jak wyjaśnił nam Bernard, perspektywa motywacyjna jest dla nas stracona, jeżeli zakorzeniamy poczucie własnego „ja” w przywiązaniu do rany. Ryzykujemy utknięcie w gniewie – namiętności, która zastępuje dążenie do uzdrowienia auto-afirmacją własnej sprawiedliwości. Gniew i jego odbicie, gorycz, mogą uwięzić nas w przewrotnie samozadowolonej rozpaczy.

Z drugiej strony podejmuje się wysiłki, by rany wyretuszować (airbrush). Słyszymy sugestie, iż rany nie powinny istnieć, a jeżeli istnieją, chore członki należy usuwać. W społeczeństwach, które stały się transakcyjne, elementy nieproduktywne lub nieatrakcyjne nie mają miejsca, są postrzegane jako anomalie, traktowane surowo. Postawa ta jest widoczna w trwających sporach o aborcję i eutanazję, jak i w powracającym dyskursie o eugenice. Można to dostrzec w dystopijnych marzeniach o uwolnieniu społeczeństw od jednostek niepożądanych, które niektórzy politycy zamknęliby w rezerwatach lub pozwolili im spaść z krawędzi urwiska.

Trudno zaprzeczyć, iż zaćmienie w świadomości społecznej figury Ukrzyżowanego – Zranionego-lecz-Niepokonanego – ma z tym coś wspólnego. Cywilizacja, która na pewnym poziomie szuka swojej miary w obrazie afirmującym wagę cierpliwości i odkupieńczego cierpienia, z czasem się zmienia: może wręcz nauczyć się empatii – uczucia nienaturalnego dla upadłej ludzkości. Cześć dla ran Chrystusa definiowała chrześcijańską wrażliwość przez wieki, przejawiając się w nabożeństwie do relikwii Męki, w Drodze Krzyżowej, w poezji, malarstwie i muzyce – od renesansowych Lamentacji po Pasje Bacha. U jej podstaw leżał szacunek dla ogromnej tajemnicy cierpienia, konstytutywnej dla obecnej kondycji ludzkiej. Krzyż pozwala nam przyjąć rzeczywistość, afirmując jednocześnie nie-ostateczność ran, które mogą być uzdrowione i stać się źródłami uzdrowienia.

Zakorzenienie się w tej tajemnicy wiary oznacza pracę nad konstruktywnym buntem przeciwko kilku błędom: przeciwko błędowi politycznemu, iż społeczeństwo i państwo powinny być zarządzane według modelu ewolucyjnego w celu ludzkiej doskonałości; przeciwko błędowi antropologicznemu normatywnego standardu „zdrowia”, używanego do wyznaczania podziału na życie „warte przeżycia” i „niewarte”; przeciwko błędowi kulturowemu, który przypisuje ranom fatalną i deterministyczną moc; i przeciwko błędowi psychologicznemu, który poddaje się beznadziei, zahipnotyzowany głosem szepczącym nam do ucha o intymnych ranach: „Zawsze tak będzie”.

Męka Chrystusa pozwala nam lamentować bez wściekłości. Otwiera nas na współczucie, które jest kategorią epistemologiczną zdolną przygotować łaskawe wejrzenie, jak u Hioba: „Tylko ze słyszenia Cię znałem, ale teraz moje oko Cię widzi”. Możemy wołać do Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego: „Pan mój i Bóg mój!”. Ewangelia stwierdza, iż rany Chrystusa po Jego zmartwychwstaniu nie zostały usunięte, ale uczynione chwalebnymi. Także rany świata mogą takimi się stać, gdy olej i wino Chrystusa zostaną na nie wylane.

Krzyż jest dla wierzących jednocześnie symbolem i pamiątką wydarzenia. Symbol Męki Chrystusa nie jest czymś, co my generujemy: został nam dany. To on nas interpretuje, nie my go. Warto na to kłaść nacisk, gdy płyniemy pod prąd symbolicznego kapitalizmu nastawionego na „produkcję wiedzy”. W tym wirtualnym świecie „fakty” są artefaktami. Narracje, obrazy i dane są przedmiotem handlu, by utrwalać zmianę, a tym samym dalszą konsumpcję. Trudno jest coś zrozumieć i jednocześnie to zmieniać. W rezultacie poszukiwanie jasności odgrywa drugorzędną rolę w obecnym dyskursie publicznym, którego ulotna retoryka i niestałe symbole są raczej zaprojektowane tak, by mącić w głowach.

Mimo to istota ludzka łaknie zrozumienia. Jest zdefiniowana przez swoją potrzebę pytania: „Dlaczego?”. Potrzebuje jasnego myślenia Kościoła i nadziei skoncentrowanej na Chrystusie; potrzebuje jego pewnego poczucia kierunku; potrzebuje jego symboli, które są realistyczne, inne niż te światowe, skupione na historycznie zranionym ciele, na śmierci pokonanej, na wiecznym przeznaczeniu całego człowieka, złożonego z duszy i ciała. Wzniosła perspektywa naszej wiary opiera się na rzeczywistościach, które się wydarzyły i które w komunii Mistycznego Ciała Chrystusa wciąż się dzieją. Wyznajemy, iż przemieniająca Dobroć nasyciła ludzkie cierpienie choćby w jego najbardziej ekstremalnych przejawach, docierając aż do samych głębin piekła, i iż żadne spustoszenie nie jest zatem ostateczne. Taka jest nasza Ewangelia.

Nasz czas domaga się jej głośno. Młodzi ludzie lamentujący w parkach z ciężkim sercem są jej głodni: słuchają, gdy jest prezentowana „z autorytetem” przez chrześcijan zdolnych do ukazania prawdy bez kompromisów, manifestując łaskawą moc Chrystusa do odnawiania życia.

Św. Bernard z Clairvaux i chwała ukryta w udręce

W Clairvaux w 1139 roku Bernard wygłosił swoje ostatnie kazanie o Psalmie 90 (91) w wigilię Paschy. Tchnie ono euforią sportowca, który ukończył bieg. Życie mnicha, mówi św. Benedykt, powinno być nieustannym Wielkim Postem, zawsze skupionym na zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią. Bernard wyjaśnia ten związek: próby życiowe są bólami porodowymi, które pozwalają nam odkryć, co to znaczy żyć: „Żyjemy w pełni tam, gdzie życie jest żywotne i życiodajne”. Urodziliśmy się, by przynosić owoc. Istnieje „nadzieja chwały” w udręce, mówi Bernard, zanim poprawi się i powie: Nie, chwała jest w udręce, tak jak owoc jest w nasieniu. Wykrzykuje on: „Chwała jest ukryta, bracia moi, dla nas zakryta w udręce: w obecnej chwili kryje się wieczność, w tym lekkim ciężarze kryje się ciężar sublimny i bezmierny”.

Odwrócenie jest kompletne. To, co nas teraz obciąża, pozbawione jest trwałej substancji. Ciężar chwały wciąga nas w górę, ku wspaniałej chwale. Skonfigurowani do pełnego udziału w życiu Chrystusa, poznamy cierpliwą euforia Boga, który ogłasza w Psalmie 90: „Jestem z nim w udręce”. Mówi On także: „Moja rozkosz to być z synami ludzkimi”. „O Emmanuelu – odpowiada Bernard – Bóg z nami!”. I dodaje: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą”, delikatnie kreśląc maryjny charakter wzrostu w łasce ku autentycznej dojrzałości chrześcijańskiej. Bóg wie, czego pragniemy i czego łakniemy. Nie wolno nam zadowalać się byle czym. Musimy wiedzieć i głosić, na czyj obraz zostaliśmy stworzeni i do jakiej wielkości jesteśmy, dzięki łasce, zdolni.

Rankiem po wygłoszeniu tego kazania Bernard otworzył prawdopodobnie swój Graduał, by zaśpiewać introit Paschy: zachwycające Resurrexi w szóstym tonie, „modus gravis” – muzyczny wyraz grawitacji dążącej ku górze. Ta kompozycja ogłasza zmartwychwstanie z cichym podziwem. Wznosi pochwałę Kościoła przed pustym grobem w wieczny uścisk Trójcy Świętej. Przyciągnięci ostatecznie w ten uścisk, ujrzymy tak, jak jesteśmy widziani, poznamy tak, jak jesteśmy poznani. W końcu będziemy kochać doskonale.

Na razie wciąż znamy i widzimy po części, czuwając w nocy: pracujemy, służymy, nauczamy, walczymy, gdy trzeba. Staramy się kochać i szanować siebie nawzajem, z oczami utkwionymi w Jezusie, sprawcy naszej wiary. On, Baranek Boży, jest naszą lampą. Jego łagodne światło, choćby gdy ukryte, jest pełne radości.

słowa kluczowe: Gracie Abrams, Camden, teologia, Weltschmerz, św. Bernard z Clairvaux, Gaudium et spes, Lumen Gentium, kryzys rakietowy, duchowość chrześcijańska, rik Varden, nadzieja chrześcijańska, rekolekcje wielkopostne 2026, rany Chrystusa, Sobór Watykański II.

Idź do oryginalnego materiału