Kiedy świat uczy pychy, Tradycja uczy klękać. Młodzi znów szukają Sacrum

52 minut temu

Świat uczy nas pychy i skupienia na sobie. Tymczasem młodzi ludzie, zmęczeni hałasem i powierzchownością, coraz częściej szukają w Kościele autentycznego sacrum. Dlaczego tradycja, cisza i gesty czci są tak bardzo potrzebne współczesnemu człowiekowi?

Więcej artykułów znajdziesz na stronie głównej: ewtn.pl

Źródło: EWTN Polska
Photo credit: Vatican Media
Tekst został przetłumaczony i opracowany na podstawie oryginalnych materiałów źródłowych przez EWTN Polska.
Jeśli chcesz być na bieżąco zapraszamy do zapisania się do newslettera.
Subskrybuj newsletter
Wesprzyj naszą misję

Obraz z jednej z niedawnych audiencji generalnych w Watykanie zatrzymuje na dłużej. Wśród tłumu pielgrzymów do papieża Leona XIV podchodzi młody człowiek. Nie traktuje tego spotkania jak okazji do zdobycia kolejnego zdjęcia z istotną osobą. Najpierw z szacunkiem całuje Pierścień Rybaka, a potem pochyla się jeszcze bardziej, aż do stóp Ojca Świętego, i całuje jego buty. Gest dawny, dla wielu ludzi dzisiaj prawdopodobnie niezrozumiały, może choćby drażniący. A jednak jest w nim coś, od czego trudno oderwać wzrok.

Nie dlatego, iż Kościół powinien tęsknić za dworskim ceremoniałem albo, iż miarą katolickiej wiary ma być liczba wykonanych ukłonów. Nie o to chodzi. Chodzi o coś znacznie głębszego. Ten młody człowiek przypomina nam swoim zachowaniem o rzeczywistości, którą współczesność bardzo konsekwentnie próbuje z naszego życia usunąć: istnieje Sacrum. Istnieje rzeczywistość większa ode mnie. Istnieją chwile, miejsca i znaki, wobec których człowiek nie powinien zachowywać się tak samo jak wszędzie indziej.

I może właśnie dlatego ten obraz jest tak mocny. Bo zrobił to człowiek młody.

Żyjemy przecież w kulturze, która od najmłodszych lat mówi człowiekowi przede wszystkim: uwierz w siebie, wyraź siebie, pokaż siebie, realizuj siebie, walcz o swoje, nikomu się nie kłaniaj. Samo w sobie poczucie własnej wartości nie jest oczywiście niczym złym. Problem zaczyna się wtedy, gdy na końcu tej drogi zostaje już tylko wielkie „ja”. Ja decyduję o prawdzie, ja określam dobro i zło, ja jestem ostateczną miarą rzeczywistości.

Chrześcijaństwo mówi coś dokładnie odwrotnego. Człowiek jest wielki, ale nie jest Bogiem.

Dlatego Biblia tak często pokazuje ludzi padających na kolana. „Wejdźcie, uwielbiajmy, padnijmy na twarze i zegnijmy kolana przed Panem, który nas stworzył” – woła Psalmista (Ps 95,6). Święty Paweł napisze później, iż na imię Jezusa „zegnie się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych” (por. Flp 2,10).

To nie jest język upokorzenia człowieka. To jest język jego wolności. Bo człowiek, który potrafi uklęknąć przed Bogiem, nie musi już klękać przed światem.

Nie musi klękać przed pieniądzem, karierą, modą, ideologią, sondażami ani opinią tłumu. Nie musi każdego ranka sprawdzać, czy świat jeszcze go lubi. Wie, gdzie jest jego miejsce i przed Kim odpowiada.

Nie chodzi o człowieka w białej sutannie

Tak również trzeba patrzeć na gest młodego człowieka wobec Leona XIV. Katolik nie klęka przed osobowością Roberta Prevosta. Nie czci jego prywatnych opinii, temperamentu czy sposobu sprawowania urzędu. Papież nie jest katolickim celebrytą ani prezesem światowej organizacji religijnej. Za białą sutanną stoi urząd powierzony Piotrowi przez Chrystusa: „Ty jesteś Piotr, czyli Skała, i na tej Skale zbuduję Kościół mój” (Mt 16,18).

Dlatego dawny gest całowania papieskiego pierścienia czy stóp trzeba odczytywać właśnie w tym kluczu. To nie człowiek staje się przedmiotem religijnego kultu. Cześć kieruje się ku temu, co reprezentuje jego urząd. W świecie, w którym niemal każdą hierarchię podejrzewa się o przemoc, a autorytet traktuje jak zagrożenie dla wolności, taki gest rzeczywiście może szokować.

Ale może czasami dobrze, iż szokuje.

Może potrzebujemy jeszcze znaków, które przypominają, iż Kościół nie jest jedynie demokratycznym stowarzyszeniem ludzi mających podobne poglądy. Jest Ciałem Chrystusa. Jest rzeczywistością widzialną i niewidzialną. Jest wspólnotą, ale jest też hierarchią. Jest blisko człowieka, ale prowadzi go do rzeczywistości, która człowieka przekracza.

Młody człowiek jest już zmęczony hałasem

Święty Augustyn napisał słowa, które po szesnastu wiekach brzmią tak, jakby powstały dla pokolenia telefona: „Niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”.

Niespokojne serce. Czy można lepiej opisać dzisiejszego młodego człowieka?

Od rana do nocy ktoś walczy o jego uwagę. Telefon wibruje. Pojawia się powiadomienie. Film trwa kilkanaście sekund, bo dłużej podobno nie potrafimy się już skupić. Jedna informacja wypiera następną, jedna wojna medialna kolejną, jedna moda zastępuje drugą. Algorytmy wiedzą, co lubimy, czego się boimy, co nas denerwuje i na czym zatrzymamy wzrok kilka sekund dłużej. Młody człowiek może w ciągu jednego wieczoru zobaczyć setki twarzy, obrazów i komunikatów, a mimo to zakończyć dzień z poczuciem przerażającej pustki.

I właśnie tutaj Kościół powinien bardzo uważać, żeby nie popełnić fatalnego błędu: nie próbować konkurować z tym światem poprzez kopiowanie jego metod.

Nie będziemy szybsi od TikToka. Nie będziemy bardziej widowiskowi niż Netflix. Nie będziemy bardziej emocjonujący niż przemysł rozrywkowy. I naprawdę nie musimy.

Mamy coś, czego świat nie jest w stanie wyprodukować.

Mamy ciszę przed Najświętszym Sakramentem. Mamy konfesjonał, w którym człowiek może wreszcie przestać udawać. Mamy ołtarz. Mamy Słowo Boże. Mamy Różaniec przesuwany powoli między palcami. Mamy zapach kadzidła, śpiew, który nie ma zabawiać, ale podnosić duszę, i świątynię, w której człowiek powinien odczuć, iż przekroczył próg innej rzeczywistości. Mamy dwa tysiące lat modlitwy świętych. Mamy Krzyż. Mamy Eucharystię.

Mamy Chrystusa.

I o ile próbując być „nowocześni”, to wszystko zasłonimy, młody człowiek może przyjść do kościoła w poszukiwaniu Boga, a znaleźć jedynie słabszą wersję świata, od którego właśnie chciał odpocząć.

Problemem nie jest Sobór. Problemem jest banalizacja

Trzeba to powiedzieć jasno, ponieważ łatwo w tym miejscu popaść w drugą skrajność. Nie chodzi o opowiadanie bajki, iż kiedyś wszystko w Kościele było doskonałe, a potem nagle wszystko się zepsuło. Tradycja Kościoła jest żywa. Liturgia rozwijała się przez wieki. Kościół zawsze szukał języka, którym może dotrzeć do człowieka swoich czasów.

Co więcej, bardzo znamienne słowa wypowiedział sam Leon XIV podczas audiencji generalnej 26 sierpnia. Mówiąc o reformie liturgicznej Soboru Watykańskiego II, podkreślił jej zakorzenienie w żywej Tradycji Kościoła, ale jednocześnie zwrócił uwagę na nadużycia, które pojawiły się po Soborze, gdy niektóre zasady reformy zostały źle zrozumiane albo doprowadzone do skrajności.

I właśnie tutaj znajduje się sedno problemu.

Nie nowoczesność jako taka jest wrogiem Kościoła. Nie mikrofon, kamera, internet, język narodowy czy nowe środki komunikacji. Sam od lat widzę, jak potężnym narzędziem ewangelizacji mogą być współczesne media. Problem zaczyna się wtedy, kiedy razem z nowymi narzędziami przejmujemy sposób myślenia świata.

Kiedy liturgia zaczyna przypominać widowisko. Kiedy kapłan czuje potrzebę komentowania wszystkiego i wypełniania każdej chwili ciszy. Kiedy prezbiterium zaczyna funkcjonować jak scena, a celebrans jak prowadzący spotkanie. Kiedy znikają gesty czci, bo wydają się „zbyt stare”. Kiedy znak krzyża wykonujemy tak, żeby adekwatnie nikt go nie zauważył. Kiedy przyklęknięcie przed Najświętszym Sakramentem staje się czymś niemal egzotycznym. Kiedy w świątyni rozmawiamy tak samo jak w kawiarni, bo gdzieś po drodze przestaliśmy czuć, iż On naprawdę tutaj jest.

To nie jest spór estetyczny.
To jest pytanie o wiarę.
Ojcowie Kościoła wiedzieli, iż ciało także się modli

Pierwsi chrześcijanie nie mieli problemu z tym, iż wiara wyraża się poprzez ciało. Święty Cyryl Jerozolimski tłumaczył katechumenom znaczenie konkretnych gestów liturgicznych, bo wiedział, iż człowiek modli się nie tylko intelektem. Święty Jan Chryzostom mówił o Eucharystii i ołtarzu z tak wielką czcią właśnie dlatego, iż widział w nich nie religijną dekorację, ale dotknięcie Tajemnicy.

My czasami zachowujemy się tak, jakby wystarczyło wszystko człowiekowi wytłumaczyć. Tymczasem niektórych rzeczy trzeba także doświadczyć.

Trzeba kiedyś wejść do ciemnego kościoła i zobaczyć jedną lampkę palącą się przed Tabernakulum. Trzeba usłyszeć ciszę po Komunii Świętej. Trzeba zobaczyć kapłana, który sam klęka przed Bogiem, zanim zacznie pouczać innych o Bogu. Trzeba poczuć, iż ołtarz nie jest zwykłym stołem, a Eucharystia nie jest jedynie wspólnym posiłkiem ludzi, którzy przyszli spędzić razem niedzielne przedpołudnie.

Sacrum nie zawsze trzeba tłumaczyć.
Czasami trzeba pozwolić mu przemówić.
Może źle odczytaliśmy młodych

Przez lata słyszeliśmy, iż młodzi nie chcą wymagań. Że trzeba wszystko skracać, upraszczać, uatrakcyjniać. Że nie wolno mówić za dużo o grzechu, pokucie, poście, wyrzeczeniu, czystości, ofierze i krzyżu, bo młody człowiek odejdzie.

A jeżeli jest dokładnie odwrotnie?

Jeżeli część młodych odchodzi nie dlatego, iż chrześcijaństwo jest zbyt wymagające, ale dlatego, iż pokazaliśmy im chrześcijaństwo zbyt małe?

Przecież młodzi potrafią zdobywać góry, biegać maratony, trenować do granic wytrzymałości, podróżować przez pół świata, angażować się całym sobą w sprawę, która ich poruszy. Potrafią podporządkować życie pasji. Dlaczego zakładamy, iż kiedy chodzi o Boga, będą zainteresowani wyłącznie tym, co łatwe, krótkie i przyjemne?

Chrystus nigdy tak nie mówił do młodych ani do starych. Powiedział: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (Mt 16,24).

I ludzie za Nim poszli.

Nie zabierajmy młodym Tajemnicy

Dlatego wracam do tego młodego człowieka u stóp Leona XIV. Można dyskutować o formie jego gestu. Można powiedzieć, iż dzisiaj nie jest ona powszechna. Można przypominać, iż szacunek do papieża nie mierzy się głębokością ukłonu. Wszystko to prawda.

Ale byłoby wielką stratą zatrzymać się wyłącznie na ceremoniale.

Bo ja widzę w tym obrazie coś więcej. Widzę młodego człowieka, który w epoce powszechnej poufałości chce jeszcze okazać komuś cześć. W świecie obsesyjnie zajętym własnym „ja” potrafi się pochylić. W kulturze, która mówi mu, żeby przed nikim nie klękał, on nie boi się uklęknąć.

I może jest w tym wiadomość również dla nas, ludzi Kościoła.

Nie zabierajmy młodym Tajemnicy.

Nie tłumaczmy im Boga tak długo, aż stanie się tylko sympatyczną ideą. Nie zamieniajmy świątyń w sale spotkań, liturgii w wydarzenia, kapłanów w animatorów, a Ewangelii w zbiór bezpiecznych porad dotyczących dobrego samopoczucia.

Dajmy młodym Chrystusa.

Dajmy im piękną liturgię. Dajmy ciszę. Adorację. Spowiedź. Post. Różaniec. Pielgrzymkę, na której bolą nogi. Noc spędzoną przed Najświętszym Sakramentem. Ewangelię, która czasem zaboli. Kapłana, który nie wstydzi się być kapłanem. Zakonnika w habicie. Siostrę zakonną, której samo życie przypomina, iż można oddać Bogu wszystko.

Dajmy im Kościół, który jest blisko człowieka, ale nie przestaje wskazywać Nieba.

Bo największą rewolucją w epoce nieustannego hałasu może okazać się cisza. Najbardziej prowokującym gestem w kulturze zapatrzonej w siebie może być uklęknięcie. A jednym z najbardziej wolnych ludzi może być ten, który odkrył wreszcie, iż nie musi już kłaniać się całemu światu, ponieważ wie, przed Kim naprawdę warto zgiąć kolana.

Świat nauczył młodego człowieka przesuwać palcem po ekranie. Kościół może nauczyć go przesuwać palcami paciorki różańca. Świat nauczył go mówić o sobie. Kościół może nauczyć go słuchać Boga. Świat przekonuje go, iż wolność oznacza nie mieć nad sobą nikogo. Chrystus pokazuje mu wolność człowieka, który zna Prawdę i dlatego nie musi już żyć na kolanach przed opinią innych.

Nie bójmy się więc Kościoła, w którym człowiek jeszcze klęka. Bójmy się raczej Kościoła, w którym człowiek pewnego dnia przestanie wiedzieć, dlaczego miałby uklęknąć.

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ:

Ustanowienie 2. na świecie Sanktuarium bł. ks. McGivneya w Radomiu
Idź do oryginalnego materiału