Kard. Grzegorz Ryś: Spotykając człowieka, o którym myślisz: „poganin”, możesz spotkać Ducha Świętego

1 dzień temu
Zdjęcie: Kard. Grzegorz Ryś


Jeśli nie widzimy ludzi, których nazywamy poganami, tak, jak widzi ich Bóg, to jakim prawem mielibyśmy im głosić Ewangelię? – pytał kard. Grzegorz Ryś w Uroczystość Objawienia Pańskiego.

Publikujemy treść homilii kard. Grzegorza Rysia w Uroczystość Objawienia Pańskiego. Śródtytuły od redakcji Więź.pl.

Dzisiaj jest dzień absolutnie szczególny – Dzień Objawienia Pańskiego. Liturgia kieruje nasz wzrok, jak słyszeliśmy w kolekcie mszalnej, na pogan – to znaczy na ludzi, których Pan prowadzi do siebie, chociaż nie należą wprost do Jego ludu.

Myślę, iż każdy z nas zna takich ludzi. Może choćby jest ich coraz więcej. Są ludzie, których Pan prowadzi do siebie, tak jak prowadził tych trzech mędrców – chociaż nie należeli do ludu Boga.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

To jest bardzo ważne, iż Pan każe nam spojrzeć na takich ludzi, iż każe nam się z nimi w duchu dzisiaj spotkać. Także dlatego, iż jak pójdziemy kalendarzem dalej, dojdziemy do Wniebowstąpienia Pana Jezusa, to On nas do tych wszystkich ludzi pośle. Pośle nas do „wszystkich narodów” w zapisie Mateuszowym. Albo pośle nas do „całego kosmosu” w zapisie św. Marka. Bo Objawienie, tajemnica, którą dzisiaj przeżywamy, nie jest przeznaczona tylko dla Kościoła. Objawienie jest dla wszystkich. Tak jak mawiał Ojciec Święty Franciszek: „Todos, todos, todos” – dla wszystkich, dla wszystkich! Pan nas wzywa, byśmy się z każdym chcieli spotkać i czyni to naszą misją.

Widzieć innych tak, jak Bóg

Kościół nie jest dla siebie. Kościół nie jest tylko po to, żeby się w nim zebrać w gronie tych, co myślą tak samo, czują tak samo, postępują tak samo i się ucieszyć. Nie można się cieszyć, jeżeli wiemy o tym, na przykład, iż na każde dziesięć osób w naszej diecezji trzy chodzą do Kościoła. Znacie te siedem pozostałych? No pewnie, iż znacie. Obchodzą was? Myślę, iż tak. Pan Jezus dzisiaj mówi: „Muszą was obchodzić, to jest wasza misja”.

Dzisiejsza liturgia słowa mówi do nas bardzo czytelnie, iż być może od tego, co my mamy takim ludziom do powiedzenia, ważniejsze jest najpierw to, co my o nich myślimy. Czy my na pewno myślimy o tych ludziach, których mamy odwagę nazwać poganami? Czy my na pewno myślimy o nich w taki sam sposób, w jaki myśli o nich Bóg? Czy widzimy ich tak, jak widzi ich Bóg? Bo gdybyśmy nie widzieli ich tak, jak widzi ich Bóg, to powiedzcie, jakim prawem mielibyśmy im głosić Ewangelię i Słowo od Boga? Gdybyśmy ich nie widzieli po Bożemu, to skąd by się miało wziąć to, iż będziemy umieć do nich mówić po Bożemu? To jest niemożliwe.

W jaki sposób widzi ich Pan Bóg? O tym napisał do nas św. Paweł w drugim czytaniu. Jest tam niesłychane zdanie: „Poganie są”. W naszym lekcjonarzu było: „już są”. Trzeba powiedzieć, iż trochę poniosło tłumacza. Tam nie ma tego „już”. To nie jest tak, iż poganie „stali się” – i tam następują bardzo ważne określenia – „dopiero teraz się stali”. Nie, dopiero teraz myśmy się dowiedzieli. Dzięki Jezusowi Chrystusowi wiemy, iż „poganie są”. I jacy są? Są współdziedzicami, są członkami tego samego Ciała i są współuczestnikami tej samej nadziei.

Kościół nie jest dla siebie. Kościół nie jest tylko po to, żeby się w nim zebrać w gronie tych, co myślą tak samo, czują tak samo, postępują tak samo i się ucieszyć

Kard. Grzegorz Ryś

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Spróbujmy popatrzeć na tych ludzi, których nie ma w naszych kościołach w ten sposób: iż są współdziedzicami – to znaczy, iż mamy wspólnego Ojca; iż są dla nas siostrami i braćmi. I, co więcej, jeżeli dziedziczymy razem, to znaczy, iż są rzeczy, sprawy, wartości, dobra, za które możemy wziąć odpowiedzialność wspólnie. Bo jesteśmy współdziedzicami.

A potem, mówi Paweł, jesteśmy „współcieleśni”, w tym samym Ciele – można by też przetłumaczyć: w tym samym organizmie. Wtedy zaczynamy rozumieć, jak bardzo potrzebujemy tych ludzi, których w tej chwili nie widzimy obok siebie w Kościele: tak jak głowa potrzebuje nogi, tak jak oko potrzebuje uszu. Potrzebujemy siebie wzajemnie, tak jak się potrzebują członki w jednym ciele. To nie jest nieważne, iż kogoś nie ma. Kiedy go nie ma, to ciało jest niepełnosprawne.

I jeszcze to trzecie określenie, niesamowite, iż poganie są też współuczestnikami obietnicy. Obietnica to jest jedno z ważniejszych słów w historii zbawienia. Abraham, pierwszy wierzący, usłyszał obietnicę: „Będziesz miał syna i będziesz miał ziemię”. Potem dostał tego syna, dostał ziemię i dalej czekał na spełnienie obietnicy. Obietnica się przesuwa. Na końcu historii zbawienia w Jezusie Chrystusie słyszymy: „Obietnicą jest Duch Święty, poślę wam obietnicę mojego Ojca”. Obietnicą ostatecznie jest Duch Święty.

To jest ten moment szokujący w zapisie św. Pawła. Mówi on: poganie są uczestnikami tej obietnicy. To znaczy, iż spotykając człowieka, o którym myślisz: „poganin”, możesz spotkać Ducha Świętego – kogoś, kto w Duchu mówi; kogoś, kto w Duchu działa; kogoś, w kim Duch Święty złożył takie dary, które mogą być także dla ciebie. Możesz z tych darów skorzystać.

Ewangelizacja odbywa się w dwie strony

Właściwie wtedy dopiero możliwe jest spotkanie – takie spotkanie, jakie nazywamy ewangelizacją. Że możesz z takim człowiekiem mówić o Jezusie Chrystusie, o wierze, o chrzcie, o Eucharystii. I możesz do niego mówić, a jednocześnie możesz też go słuchać i być zainteresowany tą prawdą, którą on w sobie nosi i którą, być może, ta rozmowa z tobą w nim odsłoni.

Jan Paweł II miał takie niesłychane wyczucie, iż kiedy próbujesz komuś przekazywać wiarę, to najlepiej tak prowadź z nim rozmowę, żeby ją wydobyć z niego. Bo ona w Nim jest. Średniowieczni mistrzowie mówili, iż dusza jest z natury chrześcijańska. Ale właśnie po to jest ten proces, ta misja, ewangelizacja, żeby to, co człowiek ma w sobie najlepszego, z niego wydobyć – żeby się stało jawne i żeby ciebie też wzbogaciło. Wtedy nie ma przekazu tylko w jedną stronę, zawsze jest w dwie strony, zawsze jest to, co nazywamy dialogiem.

Promocja!

Polskie ćwiczenia z wieloetniczności | Gdy episkopat zawodzi | Po co instytucje kultury?

32,30 35,90
Do koszyka
Książka – 32,30 35,90 E-book – 29,00 32,30

To, myślę, jest najważniejsza rzecz. Dzisiaj liturgia słowa wzywa nas bardzo do korekty wzroku. W jaki sposób widzimy tego, o którym – nieraz z osądem, z potępieniem – mówimy: „poganin”? Dzisiejsza uroczystość pokazuje, iż Pan go prowadzi. Pan go prowadzi do siebie. I Pan chce go przyprowadzić także do ciebie. Ale patrz na tego człowieka tak, jak patrzy Bóg. Wtedy staje się możliwe spotkanie.

Być rozmówcą, nie manipulatorem

I druga myśl: widać, iż to spotkanie nie zawsze dochodzi do skutku, do celu. Mędrcy przybyli do Jerozolimy, udali się na dwór Heroda. Herod choćby poprosił uczonych w Piśmie, starszych. choćby uzyskali odpowiedź na pytanie, które zadali: „Gdzie się urodził Król Żydów?”. „W Betlejem, tak mówi Pismo”. Więc jakaś wymiana informacji tam była, ale nikt z nas tego nie nazwie spotkaniem. To nie było spotkanie. Mędrcy, Herod i Jerozolima nie spotkali się ze sobą.

Można by powiedzieć, iż to spotkanie, które Pan Bóg zaaranżował, spotkanie pogan z ludem Boga, nie wyszło. Z czyjej winy? My zwykle mówimy – jak ten dialog się rwie, sypie, nie wychodzi – iż świat jest winny. Zawsze winimy świat.

Tu wina nie była po stronie świata. Świat przyszedł – w osobach trzech mędrców – z pełną otwartością, z pełnym zaufaniem, z uczciwym pytaniem. Nie doszło do dialogu. Dlaczego? Dlatego, iż Herod, zamiast okazać się rozmówcą, okazał się wielkim manipulatorem. Ostatecznie nie rozmawiał z nimi po to, żeby im pokazać drogę, tylko żeby zyskać wiedzę, jak dopaść nowonarodzonego Mesjasza i Go zabić – tak, żeby jego władza nie została zagrożona, zakwestionowana. Rozmawiali o Mesjaszu, ale Herod myślał tylko o sobie, o swojej pozycji, o swoim prawie, o swoim stanowisku.

To jest ważna lekcja dla nas – trochę nas prześwietlająca. Wchodzimy nieraz w rozmowę ze światem. Na pewno zawsze zależy nam na Jezusie? A nie jest tak, iż gdzieś na końcu zależy nam na samych sobie, na swoim własnym poczuciu bezpieczeństwa? Na swojej pozycji, żeby tylko nie była zachwiana?

Bardzo potrzebna jest uczciwość obu stron w tej rozmowie. Potrzebna jest rzeczywista chęć spotkania się i widzenie siebie po Bożemu. To oczyszcza nasze intencje i sprawia, iż nie chcemy nikim manipulować, wchodząc z nim w rozmowę, tylko chcemy uczciwego spotkania, które otwiera na obecność Jezusa Chrystusa. Niech się w nas to Słowo wypełni.

AK

Idź do oryginalnego materiału