Ta walka toczy się w ciszy. Nikt nie bije braw za to, iż nie zrobiliśmy awantury, gdy wszystko w nas krzyczało, by ją rozpętać. Nikt nie daje medali, bo powstrzymaliśmy sarkastyczny komentarz, który cisnął się na usta.
Siódmy odcinek cyklu Agnieszki Budnik i Damiana Jankowskiego „Kultura straty, kultura (nie)zgody”. Wcześniejsze przeczytacie tutaj.
Jest w filmie „Wpatrując się w słońce” Maschy Schilinski scena, która uwiera, choć nie pada w niej ani jeden cios, nikt nie podnosi głosu, a kamera stoi nieruchomo, jakby sama bała się oddychać. Mowa o momencie ciszy przerywanym tylko szczęknięciami sztućców, zawieszeniu w dusznym, letnim powietrzu, w którym spojrzenie matki prześlizguje się obojętnie po jednym dziecku, żeby z nagłą, agresywną czułością spocząć na drugim, tym z niepełnosprawnością. To ułamek sekundy. Gest niewidoczny dla sądu rodzinnego, nieuchwytny dla terapeuty podczas standardowej sesji, a jednak niosący w sobie ładunek nuklearny dla kształtującej się psychiki.
Zadanie bólu przynosi ulgę?
Schilinski rozkłada na czynniki pierwsze mechanizm zwykle umykający naszej uwadze: mechanizm mikropraktyk zła. Patrzenie w słońce oślepia. Podobnie działa przyglądanie się dynamice rodzinnej, w której przemoc nie objawia się krzykiem, ale szeptem, pominięciem, brakiem uwagi. A potem już z górki: obojętność zamienia się w okrucieństwo, opieka w wyzysk, troska w nadużycie.
WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Jesteśmy wrzuceni w krajobraz na pierwszy rzut oka całkiem sielski, chociaż śmiercionośny oddech czuć na każdym kroku, a czasem choćby go słychać: w zaburzeniu dźwięku, w szumie, w poruszonym zdjęciu.
Bo zło – to codzienne, domowe, banalne – jest w istocie formą pójścia na łatwiznę. Jest reakcją „szybszą”. Układ nerwowy, wytresowany przez pokolenia przodków, podpowiada nam najprostsze rozwiązania: uderz, żeby rozładować napięcie. Upokórz, żeby poczuć wyższość. Faworyzuj jedno, by ukarać drugie (a w domyśle: by ukarać siebie w tym drugim). Schilinski pokazuje świat, w którym człowiek stoi nieustannie przed wyborem: albo wyrzucić z siebie truciznę, raniąc kogoś bliskiego, albo pozwolić, by ta trucizna została w środku i zaczęła trawić nas samych.
Rozpięcie między agresją wyzwalaną na zewnątrz a anihilacją skierowaną do środka tworzy zamknięte koło: znikąd pomocy, bo układ społecznego odniesienia jest, mówiąc oględnie, mało sprzyjający. Całość krąży wokół jednego domu w Niemczech, zasiedlanego przez kilka kolejnych pokoleń mieszkańców. W tle przewija się niemal cały wiek: wojna, bieda, zagubienie w nowej sytuacji, gwałty, molestowania, okaleczenia i próby podtrzymania porządku.
Czasem przemoc nie objawia się krzykiem, ale szeptem, pominięciem, brakiem uwagi. A potem już z górki: obojętność zamienia się w okrucieństwo, opieka w wyzysk, troska w nadużycie
Agnieszka Budnik
Zadanie bólu przynosi ulgę – to w gruncie rzeczy straszna prawda, której kino zwykle unika, woląc dzielić świat na katów i ofiary. Schilinski kreśli obraz ostrożniej: zło działa jak zawór „bezpieczeństwa”. Upuszcza ciśnienie z przegrzanego kotła. jeżeli nie uderzę (słowem, gestem, obojętnością), to wybuchnę. Rozpadnę się. Wpadnę w stan wewnętrznej anihilacji, w czarną dziurę depresji czy lęku.
Bohaterowie filmu balansują na tej krawędzi, a my widzimy, jak bardzo chcą ulec, jak bardzo pragną, by było szybciej i łatwiej. Bo dobro jest powolne. Dobro wymaga namysłu, wzięcia głębokiego oddechu w chwili, gdy instynkt każe gryźć. A poza tym, kto ustala granicę między dobrem a złem?
Niewidzialna praca
Sztuką nie jest przecież bycie „dobrym z natury”. Ta sama natura bywa okrutna i bezwzględna. Sztuką, być może największą w dojrzałym życiu, jest zatrzymanie się o krok przed. To walka, która toczy się w kompletnej ciszy, wewnątrz czaszki, w zaciśniętych mięśniach szczęki.
Nikt nie bije braw za to, iż nie zrobiliśmy awantury, gdy wszystko w nas krzyczało, by ją rozpętać. Nikt nie daje medali, bo powstrzymaliśmy sarkastyczny komentarz, który cisnął się na usta, by precyzyjnie zranić partnera czy dziecko w ich najczulszy punkt.
Ta praca – praca hamowania rozpędzonej machiny dziedzicznych zachowań – jest niewidzialna i potwornie wyczerpująca. To jest właśnie ten moment, w którym kultura straty objawia swój paradoksalny wymiar. Co tracimy, decydując się na zerwanie z pokoleniowego łańcucha? Tracimy możliwość łatwego rozładowania napięcia. Ten perwersyjny komfort, jaki daje przechylenie szali i zmiana ról: z ofiary na predatora, bo „tak zostałam nauczona”, bo „u nas w domu tak się robiło”.
- Krystyna Czerni
Cisza i zgiełk obrazów
Podążenie za automatyzmem jest całkiem wygodne, bo nie kosztuje myśli. Pójście za podszeptem, zrobienie czegoś złego, bo tak jest łatwiej, bywa tak proste jak poddanie się grawitacji. Po co z nią walczyć? Przeciwstawienie się temu wymaga siły nośnej, której często brakuje. A jeżeli już ta siła w nas jest, to nie da się jej utrzymać na równym poziomie. I nie ma co się samoumartwiać, to chyba głęboko ludzka sprawa.
Z pułapki w pustkę
Bo zło lęgnie się powoli, z mikropęknięć. Nie z wielkich dramatów, ale z tego, iż we wtorkowy wieczór, będąc zmęczeni po pracy, wybieramy ton głosu, który mrozi, zamiast tego, który otula. Że faworyzujemy swoje zmęczenie kosztem cudzej potrzeby.
Empatia i współodczuwanie przestają być wtedy miękkimi kompetencjami, o których pisze się namiętnie w poradnikach. Stają się czymś twardym, chropowatym. Współodczuwanie wcale nie jest intuicyjne. Intuicyjna jest obrona własnego ego. Empatia, o której myślę, wychodząc od seansu Schilinski, a lądując we własnych wspomnieniach, jest jak skalpel. To bolesna świadomość, iż ten, kto nas ranił w przeszłości, sam był ranny.
To zrozumienie nie usprawiedliwia zła, ale zmienia jego ciężar gatunkowy. Pozwala zobaczyć w oprawcy człowieka uwikłanego w koleiny, z których nie potrafił wydostać się sam. I być może to jest jedyne wyjście z pułapki. Zrozumienie, iż walka o to, by się powstrzymać o krok przed jest jednym z najtrudniejszych i najsensowniejszych zadaniem. Co najlepsze: nikt z zewnątrz tej walki nie widzi, bo jej efektem jest… nic.
Brak zdarzenia. Brak krzyku. Brak chlapnięcia głupoty. Pustka w miejscu, gdzie zwykle pojawiała się rana. Tworzymy więc tę pustkę, mozolnie, dzień po dniu, tracąc przy tym energię, którą moglibyśmy spożytkować na tysiąc innych sposobów. Ale ta strata energii jest konieczna. Bo jeżeli nie zatrzymamy wahadła, ono wróci i uderzy w następne pokolenie z podwójną siłą.
Patrząc w słońce, ryzykujemy ślepotę, ale odwracając wzrok, zgadzamy się na życie w cieniu. Trzeba więc patrzeć, aż zabolą oczy. Tylko wtedy widać mikropęknięcia, zanim zmienią się w uskoki i uformują przepaść.

2 godzin temu

![Przemówienie papieża Leona XIV do Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej [tekst]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2026/02/640175600_1342455277910742_385719155335039343_n.jpg)


![Egzarcha Doniecki: nadzieja na zwycięstwo nad złem pozostaje silna [ROZMOWA]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2026/01/mid-epa12680525.jpg)











![Sobotnie szanty na Rynku Głównym. Kraków wypełnił się żeglarskimi pieśniami [ZDJĘCIA]](https://cowkrakowie.pl/wp-content/uploads/2026/02/SzantynaRynkuGlownym1.jpg)