Irena Santor: Jestem dzieckiem szczęścia

1 dzień temu
Zdjęcie: Irena Santor


Ludzie nie doceniają faktu, iż istnieją. Choć nikomu tego nie życzę, dopiero kiedy jest się na granicy śmierci i się z tego człowiek wywinie, wtedy wie, co jest ważne – mówi „Gazecie Wyborczej” Irena Santor.

Na łamach „Gazety Wyborczej” Jarek Szubrycht rozmawia z Ireną Santor, pierwszą damą polskiej piosenki.

– Jestem dzieckiem szczęścia – przyznaje, wspominając swoje muzyczne początki, Santor. –Zaproponowano mi próbne nagranie w radiu. Władysław Szpilman, wtedy guru muzyki rozrywkowej, orzekł: „Niewiele umie, ale niech się uczy”. Musiałam szybciutko się pozbierać i pracować nad sobą na akord.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Dopowiada: – Ucząc się zawodu, jednocześnie już go uprawiałam. Śpiewałam z orkiestrą symfoniczną i wszystkimi innymi zespołami, które wtedy pracowały w radiu, od pogranicza jazzu po zespół ludowy. Od każdego z nich uczyłam się innej stylistyki. Praca z orkiestrą symfoniczną była radością, ale też odpowiedzialnością najwyższego rzędu. Na żywym organizmie uczyłam się nowej dla mnie muzyki.

Na pytanie o to, czy podróżując sporo po świecie nie chciała zostać gdzieś poza Polską na stałe, pieśniarka odpowiada: – Ciągle o tym rozmyślam. Koledzy z Mazowsza czasem zostawali za granicą, ale mnie to nie pociągało. Ładny był ten świat, często ładniejszy niż u nas – te wszystkie światła, tyle ludzi na ulicach, inny rodzaj życia, swoboda. Lubiłam spotykać Polaków na całym świecie, to mi zawsze sprawiało radość, ale chciałam wracać do domu. Czułam, iż tu jest moje miejsce. Może dlatego, iż urodziłam się na wsi i moje korzenie osadziły się w tej glebie.

Przyznaje, iż fascynuje ją istnienie. – Chcę doświadczać wszystkiego naraz. Nie mogę pracować, bo już się do tego nie nadaję. Przyszedł czas, kiedy powiedziałam: „Było miło, ale było, dziękuję”. Czegoś w życiu doświadczyłam, dobrego i złego, więc już teraz wiem, co jest najważniejsze – zaznacza.

– Szcześniak śpiewa: „Na ziemi jest o niebo lepiej” i to jest właśnie to. Gdzie byłoby mi lepiej? Istnienie jest wartością samą w sobie. Dzięki temu, iż żyję, mogę się z panem spotkać i głupoty panu opowiadać, mogę patrzeć na te drzewka, mogę wąchać, zjeść, coś poczuć, coś usłyszeć. Wzrok mam zły, ale jestem jeszcze w stanie coś zobaczyć. Myślę, iż ludziom, którzy mało w życiu doświadczyli, jest gorzej. Mają sokoli wzrok, węch znakomity, wszystkie zmysły sprawne, ale często mówią, iż są nieszczęśliwi. Na litość boską! Ludzie nie doceniają faktu, iż istnieją. Choć nikomu tego nie życzę, dopiero kiedy jest się na granicy śmierci i się z tego człowiek wywinie, wtedy wie – mówi.

Zaznacza, iż z natury jest optymistką. – Zawsze potrafiłam się cieszyć, jak to się mówi, z byle czego. Ale pokory rzeczywiście nauczyła mnie choroba [nowotworowa]. Doświadczyłam jej i zrozumiałam, co jest ważne.

Jak brzmi zasada Ireny Santor? „Wszystko dobre zapamiętać, wszystko złe możliwie zapomnieć”.

DJ

Idź do oryginalnego materiału