GDY ZGAŚNIE ŚWIATŁO, CO ZOSTANIE Z TWOJEJ WIARY?

1 godzina temu

Czy Twoja wiara to tylko deklaracja, czy żywa relacja z Bogiem? Ks. Piotr Wiśniowski, nawiązując do przypowieści o dziesięciu pannach i tragicznych wydarzeń w Krakowie, pyta o stan naszych sumień. Przeczytaj poruszające wezwanie do czuwania, modlitwy i szacunku dla ludzkiego życia, zanim zgaśnie światło naszej wiary.

Więcej artykułów znajdziesz na stronie głównej: ewtn.pl

Źródło: EWTN Polska
Photo credit:
Tekst został przetłumaczony i opracowany na podstawie oryginalnych materiałów źródłowych przez EWTN Polska.
Jeśli chcesz być na bieżąco zapraszamy do zapisania się do newslettera.
Subskrybuj newsletter
Wesprzyj naszą misję

Drodzy Bracia i Siostry!

Żyjemy w świecie, który coraz bardziej boi się ciemności, a jednocześnie coraz częściej sam gasi światło. Mamy elektryczność, internet, telefony, dostęp do wiadomości z całego świata. Wiemy niemal natychmiast, co wydarzyło się tysiące kilometrów od nas. A jednak coraz częściej nie wiemy, co dzieje się w sercu człowieka, który mieszka obok nas. Nieraz choćby nie wiemy, co naprawdę dzieje się w naszym własnym sercu. I właśnie dzisiaj Chrystus stawia przed nami niezwykle poważne pytanie: czy kiedy przyjdę, zastanę w twoim sercu jeszcze płonącą lampę wiary? Dzisiejsza Ewangelia o dziesięciu pannach nie jest jedynie opowieścią o weselu sprzed dwóch tysięcy lat. To Ewangelia o nas. O naszym życiu, naszej wierze, odpowiedzialności i wieczności. Dziesięć panien. Wszystkie czekają na oblubieńca, wszystkie mają lampy, wszystkie należą do tego samego orszaku weselnego. A jednak tylko pięć wchodzi na ucztę. Dlaczego? Bo pięć było przygotowanych, a pięć żyło złudzeniem, iż jeszcze zdążą. I tu dotykamy jednego z największych dramatów współczesnego chrześcijaństwa. Można bowiem wyglądać na człowieka wierzącego, a wewnętrznie być już bardzo daleko od Boga. Można być ochrzczonym, bierzmowanym, znać modlitwy, przychodzić do kościoła, a jednocześnie powoli pozwalać, aby serce stawało się obojętne na Chrystusa. Można mieć lampę, ale nie mieć oliwy. Święty Augustyn, komentując tę Ewangelię, wskazywał, iż lampy panien roztropnych płonęły dzięki wewnętrznej oliwie dobrego sumienia i miłości. I to jest klucz do zrozumienia dzisiejszego Słowa Bożego. Tą oliwą jest miłość zakorzeniona w łasce Bożej, żywa więź z Chrystusem, wiara, która nie kończy się na deklaracjach, ale staje się sposobem życia. Nie wystarczy powiedzieć: jestem katolikiem. Nie wystarczy mieć krzyż na ścianie ani powoływać się na chrześcijańskie tradycje naszych ojców. Trzeba jeszcze żyć tak, aby Chrystus rzeczywiście był Panem naszego serca.

Bracia i Siostry! Spójrzmy dzisiaj na naszą Ojczyznę. Jeszcze wcìąż trwamy w konsternacji, a choćby w przerażeniu po wczorajszej tragedii w Krakowie. W samym sercu jednego z najpiękniejszych polskich miast rozległy się strzały. Zginęli ludzie, inni zostali ranni, a ich rodziny w jednej chwili znalazły się w świecie niewyobrażalnego cierpienia. Ludzie, którzy być może wyszli tylko na spacer, na zakupy, na zwyczajne sobotnie popołudnie. I nagle wszystko się skończyło. Jakże boleśnie brzmią wobec tej tragedii słowa dzisiejszej Ewangelii: „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny”. Ale właśnie teraz, gdy emocje są ogromne, gdy pojawiają się oskarżenia, polityczne komentarze i wzajemne pretensje, musimy jako chrześcijanie powiedzieć sobie coś bardzo ważnego: nie wolno nam pozwolić, aby z tej tragedii narodziła się kolejna fala nienawiści! Nie znamy jeszcze całej prawdy o tym dramacie, ale wiemy jedno: każde ludzkie życie jest święte, a przemoc nigdy nie jest drogą do uzdrowienia społeczeństwa. Dzisiaj nie potrzebujemy kolejnych krzyków i politycznych insynuacji. Potrzebujemy modlitwy za zabitych, za rannych, za ich rodziny i za wszystkich, których dotknęło to nieszczęście. Potrzebujemy również modlitwy o OPAMIĘTANIE. O PRZEBUDZENIE ludzkich sumień. Bo czy nie jest przerażające, iż potrafimy coraz więcej mówić o godności człowieka, a jednocześnie coraz mniej szanować jego życie? Że tak łatwo przychodzi nam pogarda, nienawiść i odczłowieczanie tych, którzy myślą inaczej? Nie możemy obarczać wszystkich odpowiedzialnością za zbrodnię jednego człowieka. Ale każdy z nas odpowiada za to, czy w swoim otoczeniu podsyca zło, czy je powstrzymuje. Niech więc tragedia Krakowa stanie się dla nas nie pretekstem do kolejnej wojny na słowa, ale dramatycznym wołaniem o przebudzenie z duchowego letargu! Bo możemy wygrać wszystkie spory tego świata, a przegrać własną duszę. A cóż człowiekowi przyjdzie z takiego zwycięstwa?

Jest jeszcze jeden niezwykle przejmujący moment dzisiejszej Ewangelii. Oblubieniec się opóźnia. Wszystkie panny zasypiają. Także te roztropne. To bardzo ważne! Jezus nie mówi, iż człowiek wierzący nigdy nie będzie zmęczony, słaby, zalękniony czy przygnieciony codziennością. Nie mówi, iż nigdy nie przeżyjemy kryzysu. Różnica między pannami roztropnymi a nierozsądnymi nie polegała na tym, iż jedne zasnęły, a drugie nie. Różnica polegała na tym, iż jedne były przygotowane na przebudzenie, a drugie nie. Możemy być zmęczeni życiem, chorować, cierpieć, przeżywać rozczarowania ludźmi, a choćby doświadczać duchowej ciemności. Ale nie wolno nam pozwolić, aby w tej ciemności umarła nasza więź z Bogiem. Dlatego potrzebujemy modlitwy, Eucharystii, spowiedzi, ciszy przed Najświętszym Sakramentem. Nie jako religijnego zwyczaju, ale jako spotkania z Tym, bez którego nasza dusza powoli gaśnie. Człowiek, który przestaje się modlić, nie zawsze od razu odchodzi od Kościoła. Czasem przez cały czas przychodzi na niedzielną Mszę Świętą, ale w jego wnętrzu coś zaczyna obumierać. Najpierw znika modlitwa, potem wrażliwość sumienia, następnie poczucie grzechu, a w końcu Bóg staje się kimś odległym, niemal niepotrzebnym. I właśnie tak może zabraknąć oliwy. Nie w jednej chwili, ale powoli, niemal niezauważalnie. A przecież największą tragedią człowieka nie jest to, iż żyje w świecie pełnym ciemności, ale to, iż sam przestaje pragnąć światła.

Listopad, który właśnie przeżywamy, przypomina nam o jeszcze jednej prawdzie. Przed kilkoma dniami staliśmy przy grobach naszych najbliższych. Zapalaliśmy znicze, modliliśmy się za tych, którzy odeszli. A przecież za każdym z tych grobów kryje się historia człowieka, który kiedyś miał swoje plany, obowiązki i marzenia. Który również myślał, iż ma jeszcze czas. I którego ziemskie życie pewnego dnia dobiegło końca. Wczorajsza tragedia w Krakowie jeszcze boleśniej przypomniała nam, jak krucha jest granica między życiem a śmiercią. Ale święty Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu mówi nam, iż chrześcijanin nie może patrzeć na śmierć tak jak człowiek pozbawiony nadziei. Bo naszym przeznaczeniem nie jest grób. Naszym przeznaczeniem jest zmartwychwstanie i życie wieczne z Chrystusem! Śmierć nie jest dla człowieka wierzącego spotkaniem z nicością, ale przejściem ku ostatecznemu spotkaniu z Bogiem. I właśnie dlatego trzeba być gotowym. Nie ze strachu przed Bogiem, ale z miłości do Niego. Bo Chrystus jest Oblubieńcem, który przychodzi po tych, których umiłował i za których oddał życie na krzyżu. Ale miłości nie można odkładać bez końca. Najbardziej wstrząsające słowa dzisiejszej Ewangelii padają wtedy, gdy nierozsądne panny wołają: „Panie, panie, otwórz nam!”. I słyszą odpowiedź: „Zaprawdę powiadam wam, nie znam was”. Jakże straszne muszą być te słowa! Nie dlatego, iż Bóg przestał kochać człowieka, ale dlatego, iż człowiek może tak długo odrzucać Jego miłość, aż ostatecznie pozostanie poza wspólnotą życia z Nim. Niebo nie jest przecież nagrodą za samo posiadanie religijnej etykietki. Niebo jest wiecznym zjednoczeniem z Bogiem, do którego już tutaj, na ziemi, mamy się przygotowywać przez wiarę, łaskę i miłość.

Bracia i Siostry! Nie wiemy, ile czasu nam pozostało. Ale wiemy, iż mamy dzisiaj. Dzisiaj możemy się pojednać, wrócić do spowiedzi, przerwać wieloletnią nienawiść, zacząć naprawdę się modlić. Dzisiaj możemy powiedzieć Chrystusowi: Panie, nie chcę już żyć bez Ciebie! Nie odkładajmy nawrócenia do starości. Nie czekajmy na ciężką chorobę. Nie liczmy, iż zawsze będzie jeszcze jakaś kolejna okazja. Bo jednym z największych oszustw szatana jest przekonywanie człowieka nie tyle, iż Boga nie ma, ile iż na Boga ma jeszcze czas. A Chrystus mówi dzisiaj stanowczo: „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny”. Niech zatem każdy z nas wróci dzisiaj do domu z jednym pytaniem: Gdyby tej nocy Chrystus przyszedł po mnie, czy moja lampa jeszcze by płonęła? I niech ta dzisiejsza Eucharystia będzie również naszym wspólnym wołaniem: Panie, przyjmij do swojego miłosierdzia tych, którzy wczoraj tak tragicznie zginęli. Pociesz ich rodziny, przywróć zdrowie rannym i obudź nasze sumienia, zanim będzie za późno. Ucz nas szanować każde życie, rozpoznawać zło i zwyciężać je dobrem. Obyśmy nie musieli kiedyś szukać oliwy, której przez całe życie nie chcieliśmy gromadzić. Obyśmy usłyszeli nie słowa zamkniętych drzwi, ale głos Oblubieńca, który zaprasza nas do wiecznej radości. Bo ostatecznie nie chodzi o to, jak długo będziemy żyli na ziemi. Chodzi o to, czy kiedy skończy się nasze ziemskie życie, będziemy gotowi żyć z Bogiem na wieki.

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ:

Kard. Ryś: Ostatnie słowo nie należy do nienawiści. Po tragedii w Krakowie szukamy pocieszenia w jedności
Idź do oryginalnego materiału