„Donkiszoteria” to albo szaleństwo, albo uporczywe próby zmieniania świata; owszem, skazane na porażkę, ale będące równocześnie całkiem rozumną niezgodą na niedoskonałość świata oraz na niedoskonałość własnego losu.
Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” wiosna 2026. W wolnym dostępie można przeczytać jedynie jego fragment. W całości jest otwarty tylko dla prenumeratorów naszego pisma i osób z wykupionym pakietem cyfrowym. Subskrypcję można kupić TUTAJ.
Dawno, dawno temu, prawie pół wieku temu, w 1979 r., przeżyłam jedną z najdonioślejszych inicjacji artystycznych w moim życiu, gdy zostałam doproszona do roli nieoficjalnego asystenta spektaklu o barokowym tytule: Pan Lemercier gra Don Kichota w swojej księgarni przy Placu des Vosges w Paryżu. Autorem scenariusza i reżyserem był Witold Zatorski.
Nie była to epicka opowieść o przygodach błędnego rycerza z La Manczy, ale kameralny spektakl o dwojgu ludzi, którzy prezentują swoją wersję opowieści o Rycerzu Smętnego Oblicza i jego giermku. W obsadzie: Marek Walczewski i Ewa Dec.
Tamten czas pamiętam jako okres odurzenia wzniosłością teatru i jego magią. Byłam jak uczeń czarnoksiężnika, z pasją wkradający się w tajniki jego sztuki. Codziennie przez dwa miesiące wkraczałam na cztery godziny prób w świat poezji. Nie mam z tamtego czasu prawie żadnego wspomnienia z realnego świata. Może poza jednym, ale za to symptomatycznym.
Podróż Don Kichota na Rosynancie uosabia ludzki los, który jest wieczną opowieścią o naszej, spragnionej nadziei i sensu, znikomości
Aleksandra Domańska
Otóż zamknięci w sali prób i zanurzeni w świecie wyobraźni bohaterów tego przedsięwzięcia i jego twórców, nie zarejestrowaliśmy potężnej eksplozji, która miała miejsce w bardzo nieodległej od Pałacu Kultury, gdzie powstawał spektakl, Rotundzie. To było, jak czytam dziś w Wikipedii, 15 lutego 1979 r. o godzinie 12:37. Budynek na rogu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich na skutek wybuchu gazu ziemnego wyleciał w powietrze. Działo się to zaledwie kilkaset metrów od naszej sali prób!
W momencie wybuchu cały gmach uniósł się nagle, niczym „bańka mydlana”, po czym „pękł” – z przeszklonych ścian na ulice runęły tafle szkła, wewnątrz zaś do podziemi archiwum zapadły się wszystkie kondygnacje budynku. W katastrofie śmierć poniosło 49 osób, a 77 zostało rannych1.
A myśmy tego wybuchu nie słyszeli, znajdując się o krok od miejsca katastrofy! Do tego stopnia rzeczywistość nie miała wstępu do naszego świata wyobraźni…
Teczka z pawlacza
Zapragnęłam wrócić do wspomnień. Zapragnęłam na tyle mocno, iż postanowiłam sprawdzić, czy w moim archiwum domowym zachowały się jakieś materiały, a zwłaszcza scenariusz, który by mi pomógł odtworzyć zamysł tamtego spektaklu – powstał on bowiem w czasach „przedcyfrowych” i nie został zarejestrowany. By jednak to stało się możliwe, trzeba było pokonać szereg przeciwności, stare teczki z tamtych czasów zgromadziłam bowiem na pawlaczu, na wysokości trzech i pół metra, w trudno dostępnym rogu kuchni.
Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” wiosna 2026.

2 godzin temu

















