Dlaczego kobiecość budzi lęk?

2 godzin temu

Prawdziwa kobiecość nie jest ani pięknym ideałem, ani przeciwieństwem męskości, ani jej karykaturą. Jest żywą relacją z sobą samą: z ciałem, z emocjami, z intuicją, ale także z własnymi granicami i gniewem.

Tekst pierwotnie ukazał się na Facebooku. Tytuł i śródtytuły od redakcji Więź.pl

Istnieje taki wymiar kobiecości, który nie daje się ująć w narracje ani podporządkować żadnej estetyce. Jest wcześniejszy niż społeczne role, wcześniejszy niż język, wcześniejszy choćby niż to, co nazywamy tożsamością. To kobiecość żywotna: pulsująca, cielesna, nie do końca przewidywalna, związana z cyklem życia i śmierci, z rodzeniem – nie tylko dzieci, ale sensów, relacji, przemian. Nie da się jej całkowicie ujarzmić, bo nie funkcjonuje według logiki linearnej ani hierarchicznej. I właśnie dlatego od wieków budzi lęk.

Kobiecość i pamięć

Ten lęk nie jest skierowany przeciwko kobietom jako osobom. Jest lękiem przed tym, co kobiecość odsłania, co pokazuje o ludzkiej kondycji. Jest lękiem przed zależnością, która nie oznacza słabości, ale relacyjność. Przed emocjami, które bywają nieujarzmione. Przed ciałem, które żyje według własnych rytmów, a nie według narzuconego planu. Kobiecość pierwotna przypomina, iż życie nie jest projektem do zrealizowania, ale procesem, w którym nie wszystko da się przewidzieć ani kontrolować.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Napięcie i lęk mają swoje źródło bardzo wcześnie. Pierwszym światem każdego człowieka jest matka – jej realna obecność lub jej brak, jej zdolność pomieszczania emocji dziecka albo jej ograniczenia. Matka reprezentuje często świat, który był jednocześnie źródłem ukojenia i frustracji. jeżeli ta relacja była wystarczająco dobra, kobiecość może kojarzyć się z bezpieczeństwem i życiem. jeżeli była zbyt trudna, chaotyczna lub niedostępna, kiedy matki nie było w życiu dziecka – kobiecość zaczyna być przeżywana jako coś pochłaniającego, groźnego, wymagającego kontroli.

To w tej relacji uczymy się, czy nasze przeżycia są do zniesienia, czy mogą zostać przyjęte bez unieważnienia. Kobiecość niesie w sobie pamięć tego pierwotnego doświadczenia. I dlatego może budzić tak silne reakcje: przypomina o czasie, w którym byliśmy całkowicie zależni, otwarci, bezbronni.

Albo taka, albo taka?

Kultura patriarchalna przez długi czas próbowała ten wymiar kobiecości ujarzmić, z potrzeby obrony przed chaosem i niepewnością. To, co nie dawało się kontrolować wewnętrznie, było regulowane z zewnątrz.

Kobietom narzucono zbiór ról i norm do realizowania: kobiecość miała być przewidywalna, określona, „właściwa”. Albo opiekuńcza i cicha, albo atrakcyjna i nieskomplikowana. Rzadko dopuszczano możliwość, iż może być jednocześnie intensywna i spokojna, czuła i stanowcza, zmienna i spójna. Rozszczepienie wzorców kobiecości stało się sposobem na poradzenie sobie z jej pełnią.

Prawdziwa kobiecość jednak nie jest ani pięknym ideałem, ani przeciwieństwem męskości, ani jej karykaturą. Jest żywą relacją z sobą samą: z ciałem, z emocjami, z intuicją, ale także z własnymi granicami i gniewem. Jest zdolnością bycia w procesie. Zdolnością do przyjmowania niejasności. Do niereagowania natychmiast.

Kobiecość wyraźnie ujawnia się nie wtedy, gdy jest podziwiana, ale kiedy odmawia podporządkowania się cudzej wizji. Właśnie w tym momencie często pojawia się napięcie. Nie dlatego, iż kobiecość chce dominować, ale dlatego, iż nie chce zniknąć

Marta Rużyłowicz-Szeremeta

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Kobieta będąca w kontakcie ze sobą nie musi być „miła” ani „łatwa w obsłudze i rozumieniu”, ale też nie potrzebuje walczyć za wszelką cenę i niczego udowadniać. Jej obecność ma w sobie coś pierwotnego: przypomina, iż życie rozwija się falami, iż sens czasem dojrzewa w ciszy i w powolnym procesie, a nie w działaniu i natychmiastowym reagowaniu.

To właśnie ten wymiar bywa trudny do zniesienia. Kobiecość żywotna uruchamia bowiem lęk przed utratą kontroli, przed relacyjną zależnością, przed emocjonalnym odsłonięciem. W relacjach może przypominać, iż nie wszystko da się zaplanować, iż bliskość zawsze niesie ryzyko, iż drugą osobą nie da się zarządzać, ani jej kontrolować.

Współcześnie kobiecość bywa poskramiana bardzo subtelnie. Często poprzez oczekiwania: iż będzie „świadoma”, ale nie zbyt intensywna; „silna”, ale nie niewygodna; „autentyczna”, ale mieszcząca się w społecznie akceptowalnych ramach. choćby język rozwoju i samopoznania bywa używany po to, by wygładzić to, co dzikie, cykliczne, nieoczywiste. Tymczasem kobiecość żywotna chce po prostu być.

Widzę inaczej

A jednak to właśnie w tym niekontrolowanym wymiarze kryje się potencjał głębokiego spotkania. Pomieszczająca kobiecość nie odbiera innym siły – przeciwnie, pozwala im zdejmować emocjonalne zbroje. Dla mężczyzn może być zaproszeniem do kontaktu z własną wrażliwością bez poczucia utraty godności, do przeżywania emocji bez konieczności natychmiastowego ich porządkowania. Nie jest to relacja oparta na rywalizacji, ale na współobecności. Na zgodzie na ludzką odmienność, na to, iż świat można widzieć i czuć inaczej.

Prawdziwa, żywotna kobiecość bardzo wyraźnie ujawnia się nie wtedy, gdy jest podziwiana, ale wtedy, gdy odmawia podporządkowania się cudzej wizji. Właśnie w tym momencie często pojawia się napięcie. Nie dlatego, iż kobiecość chce dominować, ale dlatego, iż nie chce zniknąć. Nie chce zgadywać, dostrajać się kosztem siebie, rezygnować z własnego widzenia po to, by utrzymać relację.

Nowość Promocja!
  • Tośka Szewczyk

Nie umarłam. Od krzywdy do wolności

31,20 39,00
Do koszyka
Książka – 31,20 39,00 E-book – 28,08 35,10

Kobiecość zostająca w kontakcie ze sobą nie walczy o władzę. Ona walczy o realność spotkania. O prawo do tego, by doświadczenie było dwustronne, by znaczenie nie było narzucone, by relacja mogła pomieścić różnicę bez jej unieważniania. I właśnie to bywa mylone z dominacją – szczególnie przez tych, dla których bliskość oznacza kontrolę, a wolność rozumiana jest jako brak sprzeciwu ze strony drugiej osoby.

W takich momentach kobiecość żywotna staje się niewygodna. Nie dlatego, iż jest agresywna, ale dlatego, iż nie daje się ustawić w roli. Nie chce być słabsza, delikatniejsza, mniej widząca, mniej rozumiejąca. Nie chce udawać niewiedzy ani rezygnować z własnej percepcji. Jej „nie” nie jest buntem, ale aktem zachowania integralności. To „nie” mówi: widzę inaczej, czuję inaczej, jestem tutaj jako podmiot, nie jako ekran dla cudzych projekcji.

W relacjach, w których druga strona potrzebuje mieć przewagę – taka postawa uruchamia lęk. Równość zaczyna być przeżywana jako zagrożenie, a wzajemność jako próba odebrania kontroli.

Nie za wszelką cenę

Prawdziwa kobiecość nie potrzebuje dominować, bo nie opiera się na porównywaniu. Jej siła nie polega na byciu „ponad”, ale na byciu w pełni sobą – z własnym widzeniem rzeczywistości, z własną złością, z własnymi granicami. I właśnie ta złość bywa kluczowa: nie destrukcyjna, ale klarowna, pojawiająca się tam, gdzie coś próbuje odebrać jej prawo do istnienia w relacji na równych zasadach.

W tym sensie kobiecość żywotna jest głęboko relacyjna, ale nie uległa. Nie chce relacji za wszelką cenę. Woli brak relacji niż relację opartą na unieważnieniu. I to jest być może jej najbardziej wywrotowy aspekt: gotowość do odejścia z miejsc, w których intensywność nie prowadzi do spotkania, a deklarowana wolność okazuje się kolejną formą kontroli.

Strach przed kobiecością nie musi prowadzić do obrony ani do ataku. Może być rozwojowy, może mieć potencjał przekształcający. Może stać się sygnałem, iż dotykamy czegoś istotnego – miejsca, w którym życie wymyka się schematom, ale też nabiera głębi.

Prawdziwa kobiecość nie chce dominować ani pouczać. Nie potrzebuje zgody ani aprobaty na działanie zgodne z własnymi potrzebami. Jej siła polega na tym, iż jest, po prostu – oddychająca, zmienna, obecna. A tam, gdzie pozwala się jej oddychać, pojawia się coś, czego nie da się zadekretować: poczucie, iż życie – mimo całej swojej niepewności – ma sens, bo jest przeżywane naprawdę.

Idź do oryginalnego materiału