Dialog zaczyna się w ciszy. Lekcja Thomasa Mertona

2 godzin temu

Spotkanie z inną tradycją staje się owocne dopiero wtedy, gdy człowiek jest naprawdę zakorzeniony we własnej wierze, a zarazem na tyle wolny, by słuchać z otwartością serca.

Bezpośrednim impulsem do napisania tego tekstu było pierwsze spotkanie poświęcone dialogowi chrześcijańsko-buddyjskiemu zorganizowane pod auspicjami Komisji dialogu ekumenicznego i międzyreligijnego Archidiecezji Warszawskiej. Wydarzenie to przeszło niemal bez echa, a jednak trudno uznać je za nieistotne. Historia uczy, iż to, co naprawdę ważne, często rodzi się w ciszy i małości, zanim stanie się widzialne. Tak bywa również z dialogiem. Zaczyna się on nie od szumnych deklaracji, ale od przecięcia się dróg osób, które pragną spotkania i poważnie traktują własną wiarę oraz przekonania drugiego.

Rzeczone spotkanie odbyło się 9 lutego 2026 roku w ramach cyklu „Biblia-Dialog-Ekumenia”, którego pomysłodawcami i organizatorami są ks. prał. dr Andrzej Tulej i dr Mariusz Maciak. Gościem głównym był roshi Mikołaj Uji Markiewicz, mistrz zen i opat Buddyjskiej Wspólnoty Zen „Kannon”, mi zaś przypadł zaszczyt reprezentowania strony katolickiej. I choć wydarzenie miało kameralny charakter, wpisuje się ono w szersze pytanie o miejsce dialogu międzyreligijnego w Kościele i w Polsce.

WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Właśnie w tym kontekście powraca do mnie postać Thomasa Mertona. Jego życie i pisma do dziś wyznaczają sposób myślenia o spotkaniu chrześcijaństwa z religiami Dalekiego Wschodu – zwłaszcza z buddyzmem. Amerykanin swoim życiem pokazał, iż dialog może wyrastać z głębokiej, świadomie przeżywanej tożsamości duchowej. Dialog międzyreligijny nie zaczyna się od teorii, ale od jakości życia wewnętrznego, a spotkanie z inną tradycją staje się owocne dopiero wtedy, gdy człowiek jest naprawdę zakorzeniony we własnej wierze, a zarazem na tyle wolny, by słuchać z otwartością serca.

Nauczyciel dialogu w kontemplacyjnym stylu

Thomas Merton (1915–1968), amerykański trapista z opactwa Gethsemani w Kentucky, uznawany jest za jednego z najbardziej wpływowych autorów duchowych XX wieku. Nie był on katolickim teologiem systematycznym ani religioznawcą. Jego refleksja rodziła się z życia monastycznego – z rytmu liturgii, ciszy oraz samotności. To właśnie z tego wyrastało jego zainteresowanie buddyzmem.

Podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych w 2015 roku papież Franciszek, przemawiając do połączonych izb Kongresu zgromadzonych na Kapitolu, przywołał cztery postacie jako symbole duchowej wielkości Ameryki. Mówił, iż naród jest wielki, „gdy broni wolności, jak czynił to Lincoln; gdy krzewi kulturę, która pozwala ludziom marzyć o pełni praw dla wszystkich swoich braci i sióstr, jak starał się to czynić Martin Luther King; gdy dąży do sprawiedliwości i sprawy uciśnionych, jak czyniła to swoim niestrudzonym działaniem Dorothy Day – działaniem będącym owocem wiary, która staje się dialogiem i sieje pokój w kontemplacyjnym stylu Thomasa Mertona”.

Franciszek, mówiąc natomiast o samym Mertonie, stwierdził, iż „był człowiekiem modlitwy, myślicielem, który podważał pewniki swoich czasów i otwierał nowe horyzonty dla dusz i dla Kościoła. Był także człowiekiem dialogu i promotorem pokoju między narodami i religiami”.

Te sformułowania trafnie oddają istotę jego postawy. Merton nie traktował dialogu jako projektu akademickiego ani jako elementu kościelnej strategii. W jego rozumieniu był on owocem życia przemienionego modlitwą. Spotkanie z inną tradycją religijną nie było dla niego zagrożeniem, ale próbą autentyczności własnej wiary.

Sale!
  • Zbigniew Nosowski

Szare, a piękne

31,20 39,00
Do koszyka
Książka – 31,20 39,00 E-book – 28,08 35,10

Już od lat pięćdziesiątych XX wieku Merton studiował religie dalekowschodnie i prowadził intensywną korespondencję z przedstawicielem buddyzmu zen na Zachodzie, Daisetzem Teitaro Suzukim. Lata sześćdziesiąte XX wieku – okres soborowych przemian – były zaś czasem jego spotkań z przedstawicielami monastycyzmu buddyjskiego. W 1966 roku odwiedził go wietnamski mnich, Thich Nhat Hanh, a w 1968 roku Merton odbył podróż do Azji, podczas której spotkał się z buddyjskimi nauczycielami, w tym z duchowym przywódcą Tybetańczyków, Dalajlamą. Po drodze nie występował jako ekspert od Wschodu. Przybywał jako mnich pragnący spotkać innych mnichów.

W „Dzienniku azjatyckim” zapisał, iż jedzie jako pielgrzym, który chce „napić się ze starożytnych źródeł monastycznej wizji i doświadczenia”. Nie chodziło mu o porównanie systemów religijnych, ale o rozpoznanie wspólnoty doświadczenia kontemplacyjnego. To rozróżnienie pozostaje najważniejsze również dziś, gdy dialog bywa redukowany do wymiany opinii lub do powierzchownej fascynacji egzotyką.

Kontemplacja jako warunek dialogu

Przywołane na początku warszawskie wydarzenie – podobnie jak wiele innych współczesnych wydarzeń międzyreligijnych – w tle miało pytanie o poziom, na jakim – w tym wypadku – chrześcijanin i buddysta mogą się rzeczywiście spotkać. Co jest faktyczną płaszczyzną spotkania dwóch, mogłoby się zdawać, tak odmiennych tradycji religijnych? Pobrzmiewało też pytanie o punkt wyjścia do tego dialogu. Dla Mertona odpowiedź była jednoznaczna – dialog zaczyna się od przemiany serca i od spotkania na poziomie doświadczenia duchowego.

W „Zapiskach współwinnego widza” pisał on, iż wiedza może „nadymać człowieka jak balon”, dając mu złudzenie pełni. To intuicja bliska słowom św. Pawła z Pierwszego Listu do Koryntian: „«wiedza» wbija w pychę, miłość zaś buduje” (1Kor 8,1). Dla trapisty problemem nie była doktryna jako taka, ale postawa, w której posiadanie prawdy zostaje oddzielone od miłości i pokory.

Kontemplacja – rozumiana nie jako technika, ale jako głębokie zakorzenienie w Bogu – oczyszcza relację do prawdy. Człowiek modlitwy nie musi agresywnie bronić siebie ani swojej tożsamości. Nie oznacza to rezygnacji z przekonań, ale ich głębokie uwewnętrznienie, które cechuje integralność stająca się podglebiem odwagi. Właśnie dlatego Merton był przekonany, iż dialog jest możliwy tylko tam, gdzie wiara przestaje być narzędziem rywalizacji.

Dialog międzyreligijny nie zaczyna się od teorii, ale od jakości życia wewnętrznego

Stanisław Chyla-Smyk

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

To przesunięcie akcentu pozostaje aktualne. W świecie, w którym religie bywają niekiedy postrzegane jako źródło konfliktu, dialog łatwo redukuje się do dyplomacji albo do uprzejmej wymiany opinii. Merton proponuje inną drogę. Zaprasza do spotkania osób zakorzenionych w ciszy. Bez tego fundamentu rozmowa pozostaje na poziomie deklaracji. Jak pisał inny XX-wieczny trapista, Thomas Keating: „Cisza jest wielkim wspólnym mianownikiem między ludźmi, a także między nami a Bogiem. Pierwszym językiem Boga jest cisza. Wszystko inne jest nieudolnym tłumaczeniem”.

Lekcja z dzieciństwa – matryca późniejszego dialogu

W „Siedmiopiętrowej górze” Merton przywołuje epizod z dzieciństwa, który niektórzy z jego biografów uznają za moment formacyjny. Zimą 1926 roku, przebywając na francuskiej wsi położonej w Owernii, w domu głęboko katolickiej rodziny Privat, uczestniczył w rozmowie o religii. Jako chłopiec wychowany w pluralistycznym środowisku protestanckim, próbował bronić stanowiska, które dziś nazwalibyśmy relatywizmem wyznaniowym. Oczekiwał polemiki. Zamiast niej usłyszał spokojne: mais c’est impossible („to niemożliwe”).

Reakcja gospodarzy nie była ani agresywna, ani polemiczna. Nie wdawali się z nim w spór, nie próbowali go przekonać argumentami. Ich pewność miała charakter egzystencjalny, nie retoryczny. Oni nie czuli potrzeby, by się spierać na ten temat. Można powiedzieć, iż wiara była dla nich chlebem powszednim – doświadczeniem niepodważalnym, przeżywanym w swoim rytmie i stylu, w prostocie, która nie musiała szukać potwierdzenia.

To doświadczenie pozostawiło w Mertonie trwały ślad. Zrozumiał on, iż wiara nie musi wyrażać się w sporze. Nie oznacza to, iż prawda nie ma znaczenia, ale iż nie potrzebuje ona przemocy, aby istnieć. W późniejszych latach Merton będzie konsekwentnie wracał do tej intuicji.

W kontekście dialogu międzyreligijnego lekcja z Owernii nabiera szczególnego znaczenia. Spotkanie z inną tradycją nie wymaga osłabienia tożsamości, ale dojrzałości, która nie czuje się zagrożona samą obecnością odmienności. To przekonanie będzie towarzyszyć Mertonowi w jego późniejszych kontaktach z przedstawicielami buddyzmu.

Spotkanie z zen – D.T. Suzuki i poszukiwanie wspólnego języka

Zainteresowanie buddyzmem zen pojawiło się u Mertona już w latach pięćdziesiątych. Nie było ono efektem fascynacji egzotyką, ale konsekwencją jego własnych poszukiwań kontemplacyjnych. Czytał teksty klasyczne, studiował opracowania, ale przede wszystkim szukał rozmowy z ludźmi, którzy tę tradycję praktykowali.

Sale!
  • Wiesław Dawidowski OSA
  • Damian Jankowski

Leon XIV. Papież na niespokojne czasy

28,00 35,00
Do koszyka
Książka – 28,00 35,00 E-book – 25,20 31,50

Szczególne znaczenie miała jego korespondencja z Daisetzem Teitaro Suzukim – jednym z najważniejszych popularyzatorów zen na Zachodzie. Ich wymiana listów, częściowo opublikowana później w tomie „Zen i ptaki żądzy”, nie była akademicką debatą o pojęciach, ale próbą uchwycenia doświadczenia, które poprzedza język.

Merton pisał do Suzukiego: „Jako mnich, a nie pisarz, jestem o wiele szczęśliwszy z «pustki», kiedy nie muszę o niej mówić”. To zdanie dobrze oddaje jego intuicję – istotne w zen nie są definicje, ale określona jakość świadomości i uważności. W książce „Mistycy i mistrzowie zen” podkreślał, iż zen wyjaśnia siebie nie w systemach teoretycznych, ale w praktyce życia. Tę perspektywę odnosił do własnej tradycji – chrześcijaństwo również traci wiarygodność, gdy redukuje się do dyskursu.

Merton nie zacierał różnic metafizycznych między chrześcijaństwem a buddyzmem. Był świadomy, iż kategorie takie jak osobowy Bóg, stworzenie czy łaska nie mają bezpośrednich odpowiedników w doktrynach dalekowschodnich. Interesowało go jednak to, czy na poziomie doświadczenia modlitwy i medytacji istnieje przestrzeń wzajemnego rozumienia. Odpowiedzi szukał nie w syntezie doktryn, ale w dialogu praktyki – w międzyludzkim i międzyreligijnym spotkaniu.

Thich Nhat Hanh i duchowe braterstwo

W 1966 roku Mertona odwiedził w opactwie Gethsemani wietnamski mnich buddyjski i mistrz zen, Thich Nhat Hanhem. Ich rozmowa odbywała się w cieniu wojny w Wietnamie, wobec której obaj zajmowali stanowisko krytyczne. Połączyło ich przekonanie, iż życie kontemplacyjne nie zwalnia z odpowiedzialności za świat.

Merton w listach nazywał Thich Nhat Hanha duchowym bratem. Nie chodziło mu z pewnością o zacieranie granic religijnych, ale o uznanie wspólnoty powołania do życia modlitwy i współczucia. To duchowe braterstwo miało wymiar konkretny – obejmowało troskę o pokój i o cierpiących.

Wiara nie musi wyrażać się w sporze. Nie oznacza to, iż prawda nie ma znaczenia, ale iż nie potrzebuje ona przemocy, aby istnieć

Stanisław Chyla-Smyk

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Ten wymiar dialogu bywa dziś pomijany. Spotkanie religii nie dotyczy jedynie sfery doświadczenia wewnętrznego, ale także etyki. Współczucie, które w buddyzmie stanowi centralną kategorię duchowości, Merton rozpoznawał jako bliskie ewangelicznemu miłosierdziu. Nie twierdził bynajmniej, iż te pojęcia są tożsame, ale dostrzegał, iż prowadzą ku podobnej postawie wobec świata.

Dalajlama i lekcja otwartości oraz wierności własnej tradycji

Podczas podróży do Azji w 1968 roku Merton spotkał się w Dharamsali z XIV Dalajlamą, Tenzinem Gjaco, przedstawicielem szkoły gelug, istniejącej w ramach buddyzmu tybetańskiego. Rozmowy trwały kilka dni i – jak relacjonował w „Dzienniku azjatyckim” – miały charakter serdeczny i bezpośredni. Po jednym ze spotkań zanotował, iż między nimi istnieje „prawdziwa więź duchowa”.

Również Dalajlama po latach wspominał to spotkanie jako jedno z ważniejszych doświadczeń w swoim życiu. Podkreślał przy tym, iż Merton miał głębokie zakorzenienie duchowe i iż to on ukazał Tybetańczykowi prawdziwe znaczenie słowa chrześcijanin. Istotnym elementem ich rozmów było przekonanie, iż autentyczny dialog wymaga wierności własnej tradycji. Dalajlama zachęcał rozmówców, by pogłębiali doświadczenie swojej religii, a nie porzucali ją w imię powierzchownej jedności.

Ta intuicja znajduje wyraźne echo w nauczaniu Kościoła. Św. Jan Paweł II w „Redemptoris missio” pisał, iż dialog zakłada konsekwencję wobec własnych przekonań oraz otwartość na zrozumienie drugiego. Papież Franciszek w „Evangelii gaudium” ostrzegał przed „pojednawczym synkretyzmem”, który w rzeczywistości byłby formą przemocy wobec różnic.

W przypadku Mertona wierność chrześcijaństwu nie była przeszkodą, ale wprost warunkiem spotkania. Jego podróż do Azji nie była poszukiwaniem alternatywnej tożsamości, ale próbą pogłębienia własnego życia monastycznego poprzez konfrontację z inną tradycją kontemplacyjną.

Medytacja i przemiana „ja”

Dla Mertona przestrzenią, w której dialog może stać się rzeczywisty, jest praktyka medytacyjna. Nie chodzi o zestawianie technik ani o poszukiwanie wspólnej metody, ale o doświadczenie ciszy, w której człowiek przestaje definiować siebie wyłącznie poprzez role, przekonania i lęki.

W „Nowych ziarnach kontemplacji” pisał, iż kontemplacji nie da się wyjaśnić w pełni językiem pojęć – można ją jedynie praktykować. Ostrzegał przed redukowaniem życia duchowego do systemu twierdzeń. W jego ujęciu doświadczenie poprzedza refleksję, a nie odwrotnie. Ta perspektywa pozwalała mu spojrzeć na zen bez uprzedzeń, ale też bez naiwności.

Jednym z centralnych tematów jego duchowości była krytyka „fałszywego ja” – osobowości zbudowanej z ambicji, mechanizmów obronnych i społecznych masek. Kontemplacja, jak twierdził, nie może być funkcją tego powierzchownego „ja”. Wymaga wejścia w głębszą tożsamość, zakorzenioną w Bogu. W języku chrześcijańskim oznacza to odkrycie, iż życie człowieka jest darem i relacją, a nie projektem samowystarczalności.

Sale!
  • ks. Wojciech Zyzak

Dorothy Day. Życie – działalność – duchowość

44,00 55,00
Do koszyka
Książka – 44,00 55,00 E-book – 39,60 49,50

Spotkanie chrześcijaństwa z buddyzmem nie dokonuje się więc na poziomie ideologii, ale tam, gdzie człowiek staje wobec własnej ograniczoności. Merton dostrzegał, iż zarówno w tradycji chrześcijańskiej, jak i w zen, istnieje praktyka prowadząca do przekroczenia egocentryzmu. Różne są interpretacje metafizyczne tego doświadczenia, ale podobne jest wezwanie do wewnętrznej wolności.

Cisza jako przestrzeń wspólna

Wolność rodzi się w ciszy modlitwy. Cisza była dla Mertona czymś więcej niż ascetyczną dyscypliną. Stanowiła przestrzeń, w której człowiek uczy się słuchać – Boga, drugiego człowieka, a także własnych złudzeń. Bez takiej ciszy dialog łatwo zamienia się w czczą wymianę stanowisk.

W „Zapiskach współwinnego widza” trapista zauważył, iż jeżeli jesteśmy zbyt zajęci, by słuchać, nie usłyszymy niczego, co naprawdę warto usłyszeć. To twierdzenie dobrze odnosi się również do relacji między religiami. Spotkanie wymaga cierpliwości i gotowości przyjęcia tego, co nie mieści się w naszych kategoriach.

Nie oznacza to relatywizmu ani zawieszenia przekonań. Merton był świadomy zasadniczych różnic między chrześcijaństwem a buddyzmem – tak w kwestii rozumienia Boga, osoby ludzkiej, jak i celu życia, zbawienia. Uważał jednak, iż świadomość tych różnic nie wyklucza wzajemnego szacunku ani wspólnego poszukiwania prawdy. Cisza nie likwiduje odmienności, ale pozwala ją unieść bez lęku.

Przyszłość dialogu chrześcijańsko-buddyjskiego

Thomas Merton zginął tragicznie w Bangkoku w 1968 roku, podczas spotkania poświęconego dialogowi monastycznemu. Jego śmierć zamknęła drogę, która – w pewnym sensie – dopiero się rozpoczynała. Dziś kontekst, w jakim podejmuje się dialog międzyreligijny, jest inny. Buddyzm stał się w kulturze Zachodu obecny – często w formach zsekularyzowanych i terapeutycznych, oderwanych od religijnego zaplecza. Także chrześcijaństwo doświadcza miejscami, zwłaszcza w Europie, kryzysu instytucjonalnego i spadku zaufania społecznego.

W tej sytuacji pokusa upraszczania dialogu jest bardzo silna. Łatwo zredukować go do neutralnej duchowości albo jedynie do obrony tożsamości przed zagrożeniem. Merton proponuje drogę bardziej wymagającą. Domaga się pogłębienia własnej tradycji – jej poznania i wcielenia w życie – jako warunku spotkania. Tylko wiara przeżywana dojrzale może wejść w relację bez poczucia zagrożenia.

Warszawska rozmowa i aktywny udział zebranych osób są znakiem, iż pytania o możliwości głębokiego spotkania międzyreligijnego stają się w Polsce coraz bardziej aktualne. jeżeli dialog chrześcijańsko-buddyjski ma mieć przyszłość, nie będzie ona wynikiem deklaracji ani szeroko zakrojonych projektów instytucjonalnych. Będzie owocem przeżytego doświadczenia ludzi zakorzenionych w modlitwie i gotowych słuchać.

Thomas Merton nie pozostawił gotowego programu, ale zostawił cenne świadectwo swej drogi. Pokazał, iż spotkanie religii nie musi prowadzić do synkretyzmu ani do zamknięcia. Może stać się okazją do oczyszczenia własnej wiary z lęku i z potrzeby dominacji. W tym sensie jego myśl pozostaje propozycją nie tyle teoretyczną, ile egzystencjalną – dialog zaczyna się tam, gdzie człowiek pozwala, by cisza przemieniła jego sposób bycia wobec drugiego.

Przeczytaj też: Duchowość wyjścia w nieznane

Idź do oryginalnego materiału