Czy wolno czynić zło, aby ocalić niewinnych? „Oprawca” Władimira Volkoffa

17 godzin temu

Wyobraźmy sobie następującą sytuację. Policja zatrzymuje terrorystę. Wiadomo, iż jego organizacja podłożyła bombę, która za kilka godzin wybuchnie. Zginą ludzie. Być może dziesiątki ludzi, w tym dzieci. Zatrzymany wie, gdzie znajduje się bomba. Ale milczy. Czas płynie. I wtedy ktoś proponuje zastosowanie tortur.

Czy wolno?

Przecież jeżeli wydobędziemy z niego informację, uratujemy niewinnych ludzi. A jeżeli jej nie wydobędziemy, ci ludzie zginą. Na takim dylemacie opiera się powieść Władimira Volkoffa zatytułowana „Oprawca”. Choć byłoby uproszczeniem powiedzieć, iż jest to książka o torturach. To przede wszystkim opowieść o sumieniu, odpowiedzialności, honorze, winie i przebaczeniu.

Powieść ukazała się po francusku w 2006 roku, już po śmierci autora. Polskie wydanie opublikowało Wydawnictwo Dębogóra w przekładzie Beaty Biały. I choć od tamtej pory minęło dwadzieścia lat, poruszane w niej problemy bynajmniej się nie zestarzały.

Oficer, który chce pozostać niewinny

Akcja rozgrywa się podczas wojny algierskiej. Francja próbuje utrzymać swoje kolonialne panowanie, walcząc z algierskim ruchem niepodległościowym. To wojna bez wyraźnej linii frontu. Powstańcy przeprowadzają zamachy terrorystyczne, giną cywile. Francuskie służby stosują brutalne metody przesłuchań.

Volkoff znał tę rzeczywistość z własnego doświadczenia. Sam służył w Algierii jako francuski oficer. W powieści wykorzystuje znajomość wojskowego środowiska, aby przedstawić niezwykle trudny problem moralny.

Głównym bohaterem jest Robert Lavilhaud, młody porucznik, syn oficera poległego za ojczyznę. Człowiek zdyscyplinowany, obowiązkowy i głęboko wierzący. Jego religijność nie jest powierzchowna. Robert codziennie się modli, robi rachunek sumienia, zastanawia się nad znaczeniem słów liturgii. Jest w książce piękny fragment, w którym rozważa greckie wezwanie Kyrie eleison. Szukając jego osobistego znaczenia, dochodzi do zaskakującej formuły, którą zwraca się do Chrystusa: „Szefie, kochaj mnie”. To osobliwe połączenie żołnierskiej mentalności z autentyczną religijnością.

Robert przywiązuje ogromną wagę do moralnej nieskazitelności. Potrafi długo zastanawiać się, czy nie potraktował zbyt surowo podwładnego albo czy nie zjadł za dużo podczas obiadu. Tymczasem służy w jednostce, w której torturowanie więźniów należy do codziennej praktyki. Postanawia więc, iż nigdy nie będzie w tym uczestniczył. choćby za cenę wojskowej kariery.

Tyle iż wskutek niespodziewanego splotu wydarzeń sam zostaje dowódcą tej jednostki. I teraz nie wystarczy już powiedzieć: ja w tym uczestniczyć nie będę. Teraz trzeba podejmować decyzje, które mogą przesądzać o życiu innych ludzi.

Kant nigdy nie prowadził wojny

W klasycznej filozofii moralnej istnieje fundamentalne rozróżnienie między celem działania a środkami, które prowadzą do jego osiągnięcia. Cel może być dobry. Ale czy każdy środek jest przez to usprawiedliwiony?

Często mówimy, iż trzeba wybrać mniejsze zło. Tyle iż czym innym jest dopuszczenie złego skutku, którego nie chcemy, a czym innym świadome posłużenie się złem dla osiągnięcia dobrego celu. W powieści Volkoffa ten filozoficzny problem staje się dramatem konkretnego człowieka.

Jedną z najciekawszych postaci jest generał Simonoff. Człowiek inteligentny, wykształcony, doświadczony. Nie prymitywny brutal, ale ktoś, kto potrafi znakomicie argumentować. Przekonuje Roberta, iż wojna ma swoją szczególną logikę. Zwłaszcza wojna, w której przeciwnik nie nosi munduru, ukrywa się wśród cywilów i posługuje się terrorem. W takiej wojnie najważniejsza jest informacja.

Jeśli schwytany człowiek posiada informacje pozwalające uratować niewinnych, to — zdaniem generała — dowódca nie może uchylać się od odpowiedzialności za ich zdobycie.

W pewnym momencie Robert powołuje się na Kanta, a generał odpowiada, iż Kant nigdy nie prowadził wojny rewolucyjnej. Jest to kapitalne zdanie! Pomijając etyczne stanowisko Kanta (które skomplikowałoby sprawę), można w nim dostrzec lekceważenie filozofii przez praktyka, ale także pytanie, czy zasady moralne obowiązują niezależnie od okoliczności.

Volkoff pozwala generałowi rozwinąć argumentację, która brzmi rozsądnie, a choćby przekonująco. I przeciwstawia mu Roberta, który uporczywie przypomina, iż są rzeczy, których czynić nie wolno. choćby w dobrej intencji.

Czy pragnienie niewinności może stać się pychą?

Ale jest tu jeszcze jeden problem, być może ciekawszy. Robert nie tylko chce postępować dobrze. Chce również mieć pewność, iż jest człowiekiem dobrym. Że nie splamił honoru ojca, pozostał wierny wychowaniu, może spojrzeć w lustro bez wstydu. Czy nie kryje się w tym pewne niebezpieczeństwo?

Przecież czym innym jest pragnienie dobra, a czym innym pragnienie, żeby samemu pozostać niewinnym. Najczęściej te pragnienia idą ze sobą w parze. Ale czy zawsze? To pytanie pojawia się szczególnie wyraźnie w rozmowie Roberta z młodą Guillemette. Nie zdradzając okoliczności tego spotkania, warto zwrócić uwagę na niezwykły argument dziewczyny.

Guillemette przywołuje biblijną historię Kaina i Abla. Abel jest niewinną ofiarą, Kain mordercą. Ale — zauważa — to potomkowie Kaina zaludniają ziemię i tworzą cywilizację. Argument ten jest z pewnością prowokacyjny. Guillemette nie usprawiedliwia wprost zbrodni, ale przypomina, iż świat nie jest zamieszkany przez ludzi nieskazitelnych.

Robert odpowiada, iż właśnie dlatego, iż świat jest pełen zła, człowiek powinien pozostać czysty. I wyznaje, iż sam zdradził swoje powołanie do czystości. Guillemette dostrzega jednak w jego postawie coś jeszcze. Podejrzewa, iż rozpacz Roberta nie wynika wyłącznie z żalu za popełnione zło, ale również z utraty wyobrażenia o własnej doskonałości.

Dotykamy tu problemu, który chrześcijańska tradycja duchowa zna bardzo dobrze — pychy. Bo pycha nie zawsze objawia się przekonaniem o własnej wyższości. Człowiek może tak bardzo pragnąć własnej nieskazitelności, iż nie potrafi pogodzić się ze świadomością własnego grzechu.

Ale czy właśnie tak jest w przypadku Roberta? A może jego rozpacz świadczy o wyjątkowo wrażliwym sumieniu? I czy Guillemette, próbując mu pomóc, sama nie zbliża się do zlekceważenia winy? Warto pamiętać, iż chrześcijańskie miłosierdzie nie polega na udawaniu, iż nic złego się nie wydarzyło. Gdyby nie było winy, nie byłoby czego przebaczać.

Nie tylko suma naszych czynów

Właśnie w tym tkwi jedna z największych zalet powieści. Bohaterowie Volkoffa nie są jedynie ilustracjami określonych poglądów. Mają własne doświadczenia, uczucia, ambicje i słabości. Każde z nich mówi z własnej perspektywy.

Pisarz nie prowadzi czytelnika za rękę, wyjaśniając mu na każdej stronie, kto ma rację. Pokazuje, jak ludzie uzasadniają swoje czyny, jak przekonują innych, a czasami przede wszystkim samych siebie. I pozostawia czytelnikowi zadanie oceny.

A przy tym „Oprawca” nie jest traktatem filozoficznym, tylko dla niepoznaki wyposażonym w fabułę. To bardzo dobrze napisana powieść, pełna dramatycznych wydarzeń, zwrotów akcji i wojskowych intryg. Czytelnicy znający „Montaż” albo „Werbunek” wiedzą, iż Volkoff potrafił łączyć sensacyjną fabułę z poważnymi zagadnieniami ideowymi.

Wróćmy jednak do tytułu. „Oprawca”. Słowo mocne, jednoznaczne, budzące odrazę. Ale czy mówi już wszystko o człowieku, którego nim nazywamy? Czy jeden czyn, choćby najgorszy, wyczerpuje całą prawdę o ludzkiej osobie?

Dobra intencja nie może zamienić złego czynu w dobry. Ale człowiek nie przestaje być kimś więcej niż sumą swoich czynów. Pozostaje zdolny do żalu, skruchy, miłości i przemiany.

I właśnie tutaj „Oprawca” okazuje się powieścią nie tylko o torturach czy wojnie, ale o człowieku jako istocie moralnej. O granicach, których przekraczać nie wolno, i o tym, co dzieje się, kiedy jednak zostaną przekroczone.

Nie chciałbym odpowiadać na te pytania za Volkoffa. Tym bardziej za czytelnika. Powiem tylko, iż są to pytania warte namysłu. I dlatego zdecydowanie polecam „Oprawcę”. Nie jest to lektura łatwa, ale to literatura, która traktuje czytelnika poważnie. Nie podsuwa gotowych odpowiedzi, nie zwalnia od myślenia. Przeciwnie — domaga się go. A to zaleta nie do przecenienia.

Władimir Volkoff, „Oprawca”, przekład Beaty Biały, Wydawnictwo Dębogóra, 2010.

Czytaj także:Papież Leon XIV w Algierii: wizyta o złożonych konsekwencjach geopolitycznych
Czytaj także:Jak zachować pokój i uniknąć wojny? Wciąż aktualne wskazówki Jana XXIII
Czytaj także:Papież Leon XIV zaprasza świat do modlitwy o pokój
Idź do oryginalnego materiału