„Czy przyjmujesz?” Jan Paweł II wiedział, komu powierza swoje życie
Wspomnienie wyboru Jana Pawła II przywołuje przede wszystkim scenę na balkonie Bazyliki św. Piotra. Nowy papież, pierwszy od wieków nie-Włoch, pozdrawia zgromadzonych wiernych. W Polsce wiadomość wywołuje niezwykłe poruszenie. Rozpoczyna się pontyfikat, który wywrze ogromny wpływ na dzieje Kościoła i świata.
Warto jednak cofnąć się o kilkadziesiąt minut, do Kaplicy Sykstyńskiej. Tam, po zakończeniu głosowania, Karol Wojtyła usłyszał krótkie pytanie: „Czy przyjmujesz?”. Odpowiedź nie była formalnością. Wybrany kardynał miał prawo odmówić. Wojtyła przyjął wybór, a wraz z nim odpowiedzialność, której rozmiarów nie mógł w pełni przewidzieć.
Co myślał Karol Wojtyła?
Moglibyśmy zapytać, co wówczas czuł i myślał. Czy obawiał się nowego zadania? Czy zastanawiał się nad losem krakowskiej diecezji, którą pozostawiał? Czy próbował wyobrazić sobie przyszłość?
Odpowiedź na te pytania byłaby niezmiernie interesująca, ale jej nie znamy. Nie znamy i nie będziemy jej zgadywać. Próby odtwarzania cudzych przeżyć, choć tak popularne w opowieściach o wielkich postaciach, więcej często mówią o wyobraźni autorów niż o samych bohaterach. Mamy natomiast własne świadectwo Jana Pawła II, zapisane zaledwie kilka miesięcy po wyborze.
Znalazło się ono w pierwszej encyklice Redemptor hominis, ogłoszonej kilka miesięcy później, 4 marca 1979 roku. Papież wrócił do tamtego momentu. Przytoczył pytanie, które usłyszał, i odpowiedź, jakiej udzielił: „W posłuszeństwie wiary wobec Chrystusa, mojego Pana, zawierzając Matce Chrystusa i Kościoła — świadom wielkich trudności — przyjmuję”.
Trzeba uważnie przeczytać to zdanie. Wojtyła nie powołuje się na swoje doświadczenie, zdolności czy gotowość do kierowania Kościołem. Przeciwnie, zaznacza świadomość trudności. Uzasadnieniem jego decyzji jest posłuszeństwo Chrystusowi. W tych kilku słowach zawiera się coś, co okaże się jednym z najważniejszych rysów całego pontyfikatu.
Chrystus, a nie program naprawy świata
Pierwsze zdanie Redemptor hominis brzmi: „Odkupiciel człowieka Jezus Chrystus jest ośrodkiem wszechświata i historii”. To niezwykle mocne otwarcie dokumentu, w którym nowy papież przedstawia podstawowe kierunki swojej posługi.
Warto przypomnieć atmosferę, w jakiej te słowa zostały wypowiedziane. Od zakończenia Soboru Watykańskiego II minęło zaledwie kilkanaście lat. Życie Kościoła wypełniały dyskusje o odnowie, stosunku do współczesnego świata, dialogu, nowych formach duszpasterstwa i przemianach społecznych. W niektórych nurtach debaty posoborowej można było odnieść wrażenie, iż sprawą najważniejszą staje się znalezienie nowego sposobu obecności Kościoła w świecie.
Jan Paweł II nie kwestionował potrzeby tej odnowy. Przeciwnie, wielokrotnie podkreślał, iż realizacja nauczania soborowego należy do podstawowych zadań jego pontyfikatu. Wskazywał jednak punkt, od którego należy rozpocząć: nie od analizy świata, nie od programu reform, choćby nie od rozważań o samym Kościele. Rozpocząć należy od Chrystusa.
Nie było to odrzucenie Soboru, ale konsekwentne rozwinięcie jego nauczania. Konstytucja Gaudium et spes, poświęcona przecież Kościołowi w świecie współczesnym, zawiera fundamentalne stwierdzenie, iż tajemnica człowieka wyjaśnia się dopiero w tajemnicy Słowa Wcielonego.
Wojtyła uczynił tę prawdę osią swojej refleksji. Nie można adekwatnie zrozumieć człowieka, jego godności, wolności, cierpienia i przeznaczenia, pomijając Chrystusa. I nie można zrozumieć misji Kościoła, traktując ją jedynie jako działalność społeczną, wychowawczą czy humanitarną. Powtórzy tę myśl potem w słynnym kazaniu na placu Zwycięstwa w Warszawie, 2 czerwca 1979 roku.
Kościół ma służyć człowiekowi, ponieważ Chrystus przyszedł człowieka odkupić. Chodzi o porządek teologiczny: to od Chrystusa należy wychodzić, by zrozumieć człowieka, a nie odwrotnie. Odwrócenie tego porządku prowadziłoby do zasadniczej zmiany sensu misji Kościoła.
„Świadom wielkich trudności”
Powróćmy jednak do Kaplicy Sykstyńskiej. W odpowiedzi Wojtyły znajduje się jeszcze jedno istotne sformułowanie: „świadom wielkich trudności”. Nie jest to zapewnienie człowieka, który nie ma wątpliwości co do własnych możliwości. Przeciwnie, papież otwarcie przyznaje, iż podejmuje zadanie trudne. A jednak je przyjmuje.
Właśnie tu ujawnia się praktyczne znaczenie chrystocentryzmu. Nie chodzi wyłącznie o pogląd teologiczny, o przekonanie dotyczące miejsca Chrystusa w historii zbawienia. Chodzi również o sposób podejmowania decyzji i rozumienia własnego życia.
Jeśli Chrystus jest Panem, to chrześcijanin nie musi uważać siebie za ostateczne źródło własnej siły. Nie musi też znać całej przyszłości, zanim odpowie na rozpoznane powołanie.
Nie oznacza to oczywiście rezygnacji z rozsądku. Wiara nie zwalnia z rozeznawania, przygotowania ani przewidywania konsekwencji decyzji. Nie każda propozycja jest powołaniem i nie każde trudne zadanie należy przyjmować.
Ale choćby po starannym rozeznaniu pozostaje granica ludzkiej wiedzy. Podejmujemy zobowiązania, których wszystkich następstw nie możemy przewidzieć. Karol Wojtyła nie wiedział 16 października 1978 roku, jakie wydarzenia przyniesie jego pontyfikat. Nie znał przyszłych pielgrzymek, dramatycznych wydarzeń na placu św. Piotra, przemian politycznych w Europie ani własnej drogi przez cierpienie i chorobę. Znał natomiast Tego, któremu zawierzył.
Pytanie, które dotyczy również nas
Łatwo uznać wydarzenie z Kaplicy Sykstyńskiej za wyjątkową historię, niemającą wiele wspólnego z codziennym życiem. W końcu wybór papieża zdarza się niezwykle rzadko, a większość ludzi nigdy nie stanie wobec odpowiedzialności o podobnej skali. Jednak samo pytanie „czy przyjmujesz?” nie jest nam obce.
Staje przed nim człowiek podejmujący decyzję o małżeństwie. Stają przed nim rodzice przyjmujący odpowiedzialność za dziecko. Jak mocno brzmią wtedy właśnie, gdy dowiadują się o poczęciu te słowa encykliki: „W posłuszeństwie wiary wobec Chrystusa, mojego Pana, zawierzając Matce Chrystusa i Kościoła — świadom wielkich trudności — przyjmuję”. Może je wypowiedzieć ktoś, kto musi zaopiekować się bliskim człowiekiem, choć wie, jak bardzo zmieni to jego życie. Dotyczą one kapłana rozpoczynającego posługę. Każdy, komu zostaje powierzony obowiązek, którego nie potrafi wypełnić bez wysiłku i wyrzeczeń może je powtarzać.
Żadna z tych osób nie zna swojej przyszłości. Nie może przewidzieć wszystkich trudności ani zagwarantować, iż zawsze podejmie adekwatną decyzję. Pewność powodzenia nie jest wcale warunkiem podjęcia odpowiedzialności. Chrześcijańska odpowiedź na pytanie o powołanie nie opiera się wyłącznie na przekonaniu o własnych możliwościach. Istotne jest również pytanie, czy rozpoznajemy w nim wolę Boga i czy jesteśmy gotowi Mu zaufać.
To zasadnicza różnica między poleganiem jedynie na sobie a posłuszeństwem wiary.
Od kogo zaczynamy?
W 48. rocznicę wyboru Jana Pawła II warto przypomnieć sobie nie tylko wydarzenie historyczne, ale także tę prostą prawdę, którą nowy papież postawił w centrum swojego nauczania. Dziś, podobnie jak pod koniec lat siedemdziesiątych, Kościół staje wobec licznych pytań o swoje miejsce w świecie, o język, jakim powinien się posługiwać, o sposoby docierania do ludzi i o odpowiedzi na współczesne problemy.
Są to pytania ważne. Ale pierwsze pytanie dotyczy Chrystusa. Jan Paweł II przypomniał to już w chwili przyjęcia wyboru, a następnie uczynił fundamentem swojej pierwszej encykliki.
Być może właśnie dlatego jego odpowiedź z 16 października 1978 roku pozostaje tak aktualna. Nie daje gotowej recepty na wszystkie życiowe trudności. Wskazuje jednak, od czego należy zacząć, kiedy przychodzi podjąć odpowiedzialność, która nas przerasta.
Od Chrystusa.

11 godzin temu


![W 60. rocznicę deklaracji soborowej „Nostra aetate” wydano watykański dokument „Droga nadziei” [DOKUMENT]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2024/02/karim-ben-van-u84rwkq30ig-unsplash.jpg)













