W maksymie „poza Kościołem nie ma zbawienia” pierwotnie chodziło wyłącznie o tych, którzy świadomie odłączają się od Kościoła. Nie dotyczyła tych, którzy nigdy do Kościoła nie należeli. Dopiero późniejsze interpretacje zaczęły przesuwać akcenty.
Publikujemy fragmenty 15. rozdziału wywiadu rzeki Anety Kuberskiej z ks. Grzegorzem Strzelczykiem „Kościół, świat, reforma. Rozmowy o wierze i sumieniu” (Wydawnictwo WAM 2026).
Osoby, które do 29 marca wykupią prenumeratę kwartalnika „Więź” w wersji papierowej (Pakiet Druk+Cyfra, także w opcji sponsorskiej), otrzymają również tę książkę. Liczba egzemplarzy ograniczona. Prenumeratę można kupić tutaj. Szczegóły promocji dostępne pod tym linkiem.
Aneta Kuberska: Jedna z najgłośniejszych maksym chrześcijaństwa to: extra Ecclesiam nulla salus [poza Kościołem nie ma zbawienia]. Święty Cyprian (ok. 200–258) wypowiedział te słowa w III wieku, w zupełnie innym kontekście, niż ten, w którym później zaczęły funkcjonować. Przez wieki interpretowano je rygorystycznie – jako dowód, iż zbawienie dostępne jest wyłącznie dla członków Kościoła rzymskokatolickiego.
Tymczasem wraz z XX-wiecznym zwrotem ekumenicznym uznaliśmy, iż Cyprian nie mówił o potępieniu wszystkich „spoza”, ale o tych, którzy świadomie odrzucają wspólnotę. A przede wszystkim – iż ostateczny osąd nie należy do nas. Skoro więc dziś rozumiemy tę formułę szerzej, pozostaje pytanie otwierające nową część naszej książki: czy formalna przynależność do Kościoła ma jeszcze znaczenie?
Ks. Grzegorz Strzelczyk: Trzeba zacząć od dwóch spraw. Po pierwsze – Sobór Watykański II mocno podkreślił nauczanie o powszechnej woli zbawczej Boga. Nie była to nowość, ale przypomnienie prawdy, która nigdy nie zniknęła z Tradycji. Po drugie – to nauczanie przez wieki pozostawało w napięciu z przekonaniem, iż przestrzenią zbawienia jest przede wszystkim widzialna wspólnota Kościoła. I tu wracamy do św. Cypriana i pierwotnego znaczenia maksymy extra Ecclesiam nulla salus.
WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Dopiero badania historyczno-krytyczne nad ojcami Kościoła pozwoliły zrekonstruować jej kontekst. Przez stulecia funkcjonowała ona wyrwana z oryginalnego kontekstu i dodatkowo wzmocniona przez pseudoaugustyńskie teksty przypisane później Rupertowi z Deutz (ok. 1075–1129). Gdy odkryto, iż nie był to autentyczny Augustyn, łatwiej było zobaczyć, jak bardzo zmieniła się interpretacja tej frazy.
W pierwotnym sensie chodziło wyłącznie o tych, którzy po poznaniu Chrystusa i wejściu do Kościoła świadomie się od niego odłączają – przez herezję, odstępstwo czy zerwanie wspólnoty. Maksyma ta w ogóle nie dotyczyła tych, którzy nigdy do Kościoła nie należeli, czyli Żydów i pogan. Dopiero późniejsze interpretacje – od V–VI wieku – zaczęły przesuwać akcent w stronę rygoryzmu: kto nie przystąpi do Kościoła, nie może być zbawiony. Takie myślenie, obecne już częściowo u Augustyna (choćby w jego zmaganiach z losem dzieci nieochrzczonych), rozszerzyło logikę potępienia na każdego spoza Kościoła.
Stąd w chrześcijaństwie zachodnim wytworzyła się presja na udzielanie chrztu – jako warunku „ratowania” człowieka. W średniowieczu chrzest stał się niemal automatycznym zabezpieczeniem przed potępieniem, co przesunęło akcent ewangelizacji: ważniejsze zaczęło być udzielenie sakramentu niż głoszenie Dobrej Nowiny. W ten sposób maksyma Cypriana przestała dotyczyć realnego pytania o zbawienie, a zaczęła wpływać na sposób, w jaki Kościół myślał o sobie, o innych i o swojej misji – bardziej sakramentalnej niż ewangelicznej.
W zachodnim modelu chrześcijaństwa – także w przypadku Polski – chrzest często poprzedzał realną ewangelizację o całe wieki. Dlatego zdanie extra Ecclesiam nulla salus zaczęło kształtować nie tylko teologię, ale i praktykę: usprawiedliwiało najpierw chrystianizację, dopiero potem głoszenie Ewangelii. Dlaczego akurat ta maksyma – spośród wielu tez ojców Kościoła – zyskała taką rangę?
Myślę, iż popularność tej maksymy wynika z ludzkiej potrzeby jasnych granic. To daje poczucie porządku: my jesteśmy „w środku”, inni – poza. A z tego łatwo rodzi się poczucie wyższości i satysfakcja, iż inni mają gorzej – choć rzadko chcemy się do tego przyznać. W pewnym sensie zadziałały tu po prostu mechanizmy psychiczne, które dziś lepiej rozumiemy.
Dyskretny urok softalitaryzmu | Przyszłość polskiej religijności | Czy słuchania muzyki można się nauczyć?
Później doszły inne czynniki historyczne. Od XI wieku Kościół zachodni coraz mocniej się centralizuje, a przynależność do niego zaczyna się wiązać z posłuszeństwem wobec papieża. Symbolicznym momentem staje się bulla „Unam Sanctam” Bonifacego VIII (1235–1303) z 1302 roku – według niej zbawienie przysługuje jedynie tym, którzy są poddani papieżowi. choćby wierzący, jeżeli okazuje sprzeciw, ryzykuje potępienie.
Warto pamiętać, iż bulla powstała w sporze z królem Francji Filipem IV Pięknym (1268–1314), który chciał ograniczyć wpływy Rzymu. Stolica Apostolska nie potrafiła wtedy oddzielić władzy duchowej od świeckiej – realnie posiadała obie. I tak maksyma extra Ecclesiam nulla salus zaczęła oznaczać przede wszystkim podporządkowanie w ramach instytucji, nie więź z Chrystusem.
Wcześniej mamy też jednak np. Tomasza z Akwinu, który w końcowych partiach „Sumy teologicznej”pyta: „czy Chrystus jest głową wszystkich ludzi?”. Odpowiada: tak, choć w różnym stopniu. „Niewierni” wprawdzie nie należą do Ciała Chrystusa formalnie, ale On jest ich głową, bo pierwszą racją przynależności jest Jego moc zbawcza, a dopiero drugą – wolna odpowiedź człowieka. Jedni więc należą aktualnie, inni potencjalnie, ale nikt nie jest całkowicie poza zasięgiem Chrystusa.
To przypomina nauczanie II Soboru Watykańskiego.
Tak – i w tym sensie II Sobór Watykański rozwija raczej linię Tomasza, choć innym językiem. W XIII wieku współistniały dwa modele: prawny – uzależniający zbawienie od posłuszeństwa papieżowi oraz teologiczny – według którego Chrystus jest głową wszystkich ludzi wszystkich czasów.
Ogłoszenie bulli „Unam Sanctam”pokazało, jak kruchy był pierwszy model. Konflikt z Filipem IV doprowadził do kryzysu papiestwa: najpierw „niewoli awiniońskiej” (1309–1377), potem schizmy zachodniej (1378–1417). Dopiero Sobór w Konstancji (1414–1418) przywrócił jedność Kościoła. W praktyce więc model, w którym papież jest warunkiem zbawienia, załamał się niemal natychmiast po sformułowaniu. Dlatego po Vaticanum II odchodzi się od określania papieża jako „widzialnej głowy Kościoła”. W teologii ten język prawie nie funkcjonuje – częściej w mediach niż w refleksji wewnątrzkościelnej.
Za to odpowiedź Tomasza z Akwinu jest bardzo aktualna. Bóg pragnie, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni. To jest absolutne i fundamentalne rozpoznanie istoty misji Kościoła – wynikające z przekonania apostołów, poświadczonego choćby u św. Pawła. Paweł mówi: „Nie posłał mnie Chrystus, abym chrzcił, ale abym głosił Ewangelię” (1 Kor 1,17).
Kościół istnieje po to, by głosić, iż Bóg tak umiłował świat, iż dał swojego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. I to jest sedno. Nie ma nic cenniejszego, co Kościół może dać światu niż ta dobra nowina. Liturgia, sakramenty, celebracja misterium – to wszystko wynika z jej przyjęcia, więc nie może jej zastąpić.
Jeśli Kościół zaczyna czynić coś innego swoim głównym celem, wówczas pojawia się ryzyko. Po pierwsze – rozmija się z własną tożsamością. Po drugie – może próbować robić to, co świat (w tym inne religie) potrafi wykonać równie dobrze, a czasem choćby lepiej.
Masz na myśli choćby działalność charytatywną?
Pomoc charytatywną, tworzenie etyki, budowanie więzi społecznych, zaspokajanie naturalnej potrzeby religijnej. To ważne pola działania, ale jeżeli odrywają się od pierwszej misji Kościoła, mogą go przerastać i deformować. Najpierw Ewangelia – dopiero potem wszystko inne. […]
- Ks. Grzegorz Strzelczyk
Po co Kościół
Rozróżniasz formalną przynależność do Kościoła-instytucji i Kościół jako wspólnotę duchową – przestrzeń, której centrum jest Chrystus jako Głowa. W tym ujęciu do Kościoła mogą należeć choćby ci, którzy nigdy o Chrystusie nie słyszeli?
W perspektywie Tomasza z Akwinu – tak. Oni potencjalnie przynależą do Głowy, którą jest Chrystus.
W XX wieku tę myśl rozwinął Karl Rahner (1904–1984), tworząc koncepcję tzw. anonimowych chrześcijan. Według niej każdy człowiek – jako istota rozumna – jest otwarty na Logos, czyli Słowo. Pełnia człowieczeństwa realizuje się dopiero, gdy człowiek przyjmie to Słowo i odpowie na nie. Ci, którzy już poznali i wierzą świadomie, są chrześcijanami „nieanonimowymi”; inni – „anonimowymi”.
Z perspektywy osób spoza chrześcijaństwa taka koncepcja może brzmieć imperialnie: „robicie z nas chrześcijan, choć tego nie chcemy”. Dlatego wolę ujęcie Tomaszowe: inicjatywa pochodzi od Chrystusa, który pragnie dotrzeć do wszystkich. Każdy może odpowiedzieć – ale dopiero odpowiedź woli skutkuje widzialną, instytucjonalną przynależnością. Kościół istnieje właśnie po to, by umożliwiać taką odpowiedź. W Kościele są ci, którzy odpowiedzieli „tak”.
A co z tymi, którzy wierzą w Chrystusa, ale nie wyrażają tego tak, jak oczekuje Kościół instytucjonalny? W praktyce różne Kościoły lokalne mają różne wymagania względem swoich wiernych. Sama wiara zaś, tak jak życie, jest zmienna. Podlega też kryzysom – nie zawsze zawinionym. Jak w tej perspektywie ocenić przynależność do Kościoła?
Trzeba odróżnić przynależność od zaangażowania. Do przynależności formalnej wystarczy podstawowy akt przyjęcia Chrystusa w wierze – choćby bardzo elementarny. Potem pojawia się pytanie: jak ta decyzja wpływa na codzienność? I tu rozpiętość jest ogromna. Są osoby zaangażowane minimalnie – wiara działa u nich jak przycisk alarmowy na ścianie: jest, daje poczucie bezpieczeństwa, choć rzadko się z niego korzysta. Gdy przychodzi kryzys, „tłuką szybkę” – i oczekują ratunku.
Słuchaj też na Youtube, Apple Podcasts i w popularnych aplikacjach podcastowych
Jako duszpasterz chciałbym, by wchodzili głębiej, dzielili się swoim doświadczeniem, choćby niepełnym. Ale uznaję, iż mają prawo nie być na to gotowi. jeżeli jednak – w jakiejkolwiek formie – pokładają nadzieję w Chrystusie, to są dla mnie wierzącymi. To moja wspólnota. Moją rolą jest pokazać, iż można więcej – iż wiara nie musi być tylko awaryjnym zabezpieczeniem. Ale jeżeli taki przycisk już wisi, to znaczy, iż coś się w nich wydarzyło. I to jest wartość. […]
Wracając do maksymy św. Cypriana – mówiłeś, iż pierwotnie odnosiła się ona do tych, którzy będąc w Kościele, później się od niego odłączyli i dlatego „nie mają już zbawienia”. A dziś takich ludzi mamy przecież wielu.
Tylko iż ich odejście ma zupełnie inne przyczyny niż w czasach Cypriana.
Oczywiście. Dziś często jest to świadoma decyzja. Jedni tracą wiarę, inni nigdy jej nie mieli – zostali ochrzczeni, przyjęli sakramenty, ale wszystko odbyło się w ramach kulturowego katolicyzmu. Nigdy nie doświadczyli Ewangelii. Formalnie są chrześcijanami, ale faktycznie nimi nie byli.
I gdy dokonują dziś apostazji, w gruncie rzeczy potwierdzają tylko to, co było faktem od dawna – iż z Kościołem się nigdy nie utożsamili wewnętrzną decyzją.
A część choćby apostazji nie składa – formalnie pozostają członkami Kościoła. Są też tacy, którzy wierzą w Chrystusa, ale nie akceptują Kościoła jako instytucji, nie chcą uczestniczyć w kulcie ani w życiu parafialnym. Czasem to wynik utraty wiary, a czasem wręcz przeciwnie – wiara pozostaje, tylko instytucja ją rani. Pytanie więc: czy do takich ludzi można odnieść Cyprianową maksymę? Czy on powiedziałby to samo dzisiaj? A może powinniśmy traktować tę formułę tylko jako świadectwo epoki?
Moim zdaniem powinniśmy zostawić ją w historii. Kontekst jest zbyt odmienny, by stosować ją dziś wprost. Ale przez cały czas trzeba rozróżniać. Dziś wielu ludzi odchodzi z powodu zgorszenia Kościołem instytucjonalnym. Mówią: „Nie mogę się z tym utożsamiać”. Rodzi się duchowość pozainstytucjonalna – i nie chodzi o ateizm, bo ci ludzie przez cały czas modlą się, czytają Ewangelię, wierzą. To wierzący, którzy żyją w luźnej, czasem naderwanej lub wprost konfliktowej relacji ze strukturą.
- ks. Grzegorz Strzelczyk
- ks. Robert J. Woźniak
- ks. Alfred M. Wierzbicki
- ks. Andrzej Draguła
Wielkie tematy teologii
OUTLET
Po ostatnich wyborach napisał do mnie ktoś, kto stwierdził, iż po zachowaniu duchownych w trakcie kampanii nie chce mieć z Kościołem instytucjonalnym nic wspólnego. Nie planuje apostazji – przez cały czas wierzy – ale chciał to komuś wypowiedzieć.
I co mu odpisałeś?
Że rozumiem. Ale też, iż teologicznie nie mogę się zgodzić – bo Kościół to także on. On i ci, którzy go zgorszyli, należą do tej samej wspólnoty. Napisałem, iż warto to przemyśleć – często to właśnie ci niemogący wytrzymać z powodu zła, mocniej reprezentują Ewangelię. Zasugerowałem, iż może lepiej szukać wspólnoty, w której nie ma tych mechanizmów raniących. To często najzdrowsza droga. Trudna – ale możliwa.
Jako ksiądz możesz kształtować Kościół – mówić tak, by ludzie chcieli zostać przy Chrystusie. Świeccy nie mają realnej sprawczości. Często nasza jedyna sprawczość w Kościele to „głosowanie nogami”.
Patrząc odgórnie, to prawda. Ale można, właśnie zagłosowawszy nogami, zacząć budować oddolnie zdrowsze wspólnoty. Nie czekać na reformę z góry, tylko realizować pragnienie duchowości tu i teraz. Tworzyć wspólnoty bardziej wierne Ewangelii. Świetnie o tym pisze Marek Kita w książce „Zostać w Kościele / Zostać Kościołem” (Wydawnictwo Więź, 2024).
Jeśli Kościół instytucjonalny oficjalnie przyjmie takie wspólnoty – dobrze. jeżeli nie – trudno. W Polsce bardzo potrzebujemy budzenia podmiotowości wiernych, które jest głęboko zakorzenione w nauczaniu II Soboru Watykańskiego, w eklezjologii i najnowszych dokumentach synodu o synodalności. Tam wprost mówi się o odbudowaniu świadomości Kościoła jako wspólnoty wierzących podmiotów. To nie jest żaden bunt świeckich. To teologia i oficjalna eklezjologiczna doktryna.
I owszem, jako ksiądz mam większy wpływ na Kościół, ale to oznacza też większą odpowiedzialność. Warto, by księża o tym pamiętali. Bo ludzie z różnych powodów opuszczają Kościół. Czasem przez zgorszenie. A czasem przez nieodnajdywanie się w języku i formie, za które odpowiadają księża. Bo język liturgii i formy paraliturgiczne, które dominują w Kościele, wymagają od człowieka niemalże podróży w czasie – do jakiejś obcej mu kultury.
Dziecko idzie na roraty i śpiewa: „Spuśćcie nam na ziemskie niwy / Zbawcę z niebios, obłoki” – nie ma szans, żeby rozumiało choć jedno słowo. I naprawdę rozumiem ludzi, którzy chcą rozwijać duchowość, a nie potrafią tego robić w ramach istniejących kościelnych form. Często zaczynają właśnie w Kościele, w parafii lub jakiejś wspólnocie, coś odkrywają – ale ich doświadczenie potem rośnie, dojrzewa, a oni nie znajdują już dla niego języka w dostępnej liturgii. Przeciwnie – czują, iż formy są puste, magiczne, niedokarmiające. I wtedy odchodzą. Często – bardzo nieszczęśliwie – trafiają do wspólnot teologicznie wątpliwych albo wchodzą w duchowość opartą tylko na emocjach. To realny problem. Tacy ludzie są chyba choćby liczniejsi niż ci, którzy odchodzą z powodu zgorszenia.
- Marek Kita
Zostać w Kościele / Zostać Kościołem
Książka z autografem
Choć te grupy się przenikają – część ludzi jest zgorszona właśnie dlatego, iż nie znalazła duchowego pokarmu. Wyjściem jest konsekwentne pogłębianie duszpasterstwa: dbanie o liturgię, by była komunikatywna, także w warstwie estetycznej; o pieśni – by nie brzmiały jak z innego świata. Ale to trudne, bo w Kościele dominuje formacja skupiona na powtarzaniu dawnych form. Albo dlatego, iż mieszczą się one w religijności magicznej, gdzie forma jest nośnikiem „mocy”, albo dlatego, iż dają bezpieczeństwo, symulują tajemnicę. W rezultacie łatwiejsze jest przekonanie, iż niczego ruszać nie wolno.
Dlatego tak ważna w czasie pontyfikatu Franciszka była kwestia koloru jego butów…
A w parafiach to, iż nabożeństwo „zawsze było takie” – czyli od piętnastu lat – więc nie można go zmienić. Na białym koniu wjeżdża słowo „tradycja” z całym orszakiem i już w Kościele nie można niczego ruszyć.
Wyzwaniem jest to, by parafie były wspólnotami wielu form i wielu prędkości. Są ludzie, którzy chcą i mają prawo żyć i umrzeć w tej formie. Nie można im tego zabierać. Ale równolegle trzeba zbudować coś dla tych, którzy mają inną duchowość, inną wrażliwość, inny język. Bo inaczej po prostu odejdą. Dla nich te stare formy są – jak cotygodniowe biczowanie się – nie do zniesienia.
A co z tymi, którzy w ogóle nie potrzebują wspólnoty? Mówisz, iż Kościół to przede wszystkim przestrzeń słuchania Ewangelii, a cała reszta – działania charytatywne, struktury – to tylko dodatki. w tej chwili w tej bardzo zindywidualizowanej kulturze całkiem sporo ludzi nie odnajduje się w żadnych strukturach. I współtworzy tylko te, które są absolutnie konieczne. Praca, szkoła, rodzina i kilka więcej… Widzę to zwłaszcza w młodym pokoleniu. Oni funkcjonują jak wolne elektrony: wspólnota wcale ich nie pociąga.
To jest wyzwanie: jak głosić Ewangelię ludziom, których uczestnictwo we wspólnocie w ogóle nie interesuje? Niestety wciąż myślimy o wspólnocie jako grupie w salce, z gitarą i modlitwą w kręgu. Dla wielu młodych to jest tak archaiczne, jak dla wcześniejszych pokoleń łacińska msza.
I tu wraca intuicja ks. Franciszka Blachnickiego: młodzi muszą ewangelizować młodych. Oni sami muszą znaleźć formy, które ich poruszą. Sam to przeżyłem – nawracałem się, mając 15 lat, a rok później prowadziłem grupę.
To była wiara przekazywana poziomo, między rówieśnikami. Ksiądz był w tle, ale pierwszy impet doświadczenia wspólnotowego przychodził od ludzi w moim wieku lub nieco tylko starszych.
Tyle iż wtedy wszystko działo się jeszcze „w Kościele” – w salkach, przy parafii. Dziś wspólnota powstaje gdzie indziej, wśród młodych najczęściej online. I jeżeli młodzi mają głosić młodym, muszą znaleźć własny język i przestrzeń – nieraz poza murami kościoła. […]
Przeczytaj też: Celebrowanie relacji, nie instytucji. Ks. Grzegorz Strzelczyk w rozmowie ze Zbigniewem Nosowskim

2 godzin temu













