Radykalna antynomia między „rządami prawa sprawiedliwego” a „praworządnością”, kreślona przez Krzysztofa Szczuckiego, jest w znacznym stopniu fałszywa. Praworządność wymaga woli współpracy.
„Tyrania praworządności. O potrzebie nowej konstytucji” autorstwa Krzysztofa Szczuckiego obiecuje wiele. Zdaniem recenzentów – Jana Maria Rokity i Ryszarda Legutki – demaskuje ona polityczną poprawność, błyskotliwie i prawdziwie opisuje rzeczywistość sporu o praworządność, kreśląc drogi wyjścia ze stanu bezprawia. Nie bez powodu okładka książki ilustruje zszywanie białej i czerwonej tkaniny.
Wiele można sobie też obiecywać po samej osobie autora. Doktor habilitowany nauk prawnych, adiunkt na Uniwersytecie Warszawskim, autor znakomitej książki sprzed dekady o prokonstytucyjnej wykładni prawa karnego; następnie prawnik zaangażowany w funkcjonowaniu głównych instytucji państwa, szef Rządowego Centrum Legislacji i dwutygodniowy Minister Nauki. w tej chwili poseł Prawa i Sprawiedliwości. Takie CV powinno dawać nadzieję na rzetelny, intelektualnie pogłębiony wykład o otaczającej nas rzeczywistości społecznej i normatywnej, który przyniesie uporządkowanie, uczciwie zrekonstruuje przyczyny oraz rozpisze odpowiedzialność za obecny stan praworządności. Zgodnie z zapowiedzią w tytule – należałoby również oczekiwać dojrzałej wypowiedzi dotyczącej nowej aksjologii ustrojowej i zarysu struktury ustawy zasadniczej.
WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Czym jednak jest ta książka w praktyce? Diagnozą, interpretacją, manifestem, programem politycznym – po części wszystkim z nich, a przez to żadnym do końca. Najbliżej jej do subiektywnej, powiązanej z określonym środowiskiem politycznym, interpretacji rzeczywistości społecznej i wizji modelu sprawowania władzy, oderwanej od rzetelnych odniesień naukowych. Odchodzi przy tym od ograniczeń przyjętej w europejskiej kulturze prawnej koncepcji praworządności.
Autor z jednej strony pogłębia omawianą tematykę, a z drugiej strony dość bezkrytycznie odwołuje się do bieżącego sporu politycznego. Mamy więc to czynienia z perspektywą dzisiejszej polskiej prawicy, kontestującej legitymację III Rzeczpospolitej, jej twórców i tych, którzy włączyli się w proces jej rozwoju, a także z atakiem na w tej chwili rządzącą większość. Uwagi krytyczne pod adresem własnego środowiska politycznego są minimalne, czynione zresztą głównie po to, by ostatecznie zaatakować w tej chwili rządzących. Niemniej autor podkreśla znaczenie dostrzegania błędów środowiskowych – widzi w nich przykład autorefleksji i odwagi, co samo w sobie nie jest chyba najlepszym świadectwem autonomii w jego środowisku politycznym.
Książka jest dla mnie obrazem rozpadu przyjaźni opartej na fundamencie wspólnych wartości i poszukiwań badawczych, przyjaźni, za którą tęsknię. Patrząc szerzej, rozpadu wspólnoty, która szuka swojej tożsamości w podobnych odniesieniach aksjologicznych
Michał Królikowski
Rozpoczynając lekturę, liczyłem na coś bardziej pogłębionego i konstruktywnego. Krzysztof Szczucki jest bez wątpienia jednym z najbardziej błyskotliwych polityków PiS, którego kompetencje prawnicze nie mogą być kwestionowane. Jest to książka ważna – tekst programowy istotnego aktora życia publicznego, napisany w istotnym momencie historycznym i nastawiony na angażowanie środowiska w proces zmiany. Ujawnia rozumowe odniesienia, które pozwalają pojąć wiele z dzisiejszych interpretacji rzeczywistości społecznej, formułowanych przez konkretne środowisko polityczne i jego zaplecze intelektualne.
Równie istotny jest jednak także niedosyt, jaki pozostaje po lekturze książki „głównego prawnika PiS”. Wynika on z uświadomienia sobie uprzedzeń, uproszczeń i partykularnych interpretacji, jakie kształtują nasz stosunek do spraw krytycznie ważnych dla wspólnej – jako społeczeństwa – tożsamości.
Jak przepisać przeszłość?
Od dawna towarzyszy mi refleksja, iż największym marzeniem strategów Prawa i Sprawiedliwości jest wykorzystanie dzisiejszego poparcia społecznego i nastrojów do opowiedzenia alternatywnej wersji przełomu 1989 roku. Jak zmierzyć się z tym marzeniem ponad trzydzieści sześć lat później, gdy wybrane wówczas ścieżki zaprowadziły nas już tak daleko?
Ci, którzy wydają się lepiej rozumieć tamten moment niż ja, wskazują m.in. na rozstrzygające czynniki, takie jak zmęczenie społeczeństwa, naciski Kościoła na wybór drogi porozumienia, proces samookreślenia i uzyskania podmiotowości w drodze Okrągłego Stołu, a także to, iż w tamtym czasie niewielu rodaków życzyło sobie krwawej rozprawy z komunistami. Czy wybór innej drogi, może z pewnej perspektywy pożądanej, był dostępny i rzeczywiście bezpieczny dla rodzącej się wolności?
W swoim ostatnim wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” ś.p. Andrzej Paczkowski wspominał, iż w 1988 i 1989 roku władzę PRL prowadziły politykę dwutorową. Rozmawiały z solidarnością, a równocześnie potajemnie przygotowywały opcję siłową: powtórkę stanu wojennego. Czy droga koncyliacji nie okazała się zatem sukcesem opozycji?
- Andrzej Friszke
- Jan Olaszek
- Tomasz Siewierski
Zawód: historyk
TWARDA OPRAWA
W narracji Krzysztofa Szczuckiego „zbratanie się części elit solidarnościowych z komunistami jest przyczyną haniebnego stygmatu znaczącego III Rzeczpospolitą”. Konsekwencje tego są bezpośrednio odczuwane do dziś i stanowią główną oś interpretacyjną stanu ustrojowego, instytucjonalnego i politycznego Polski. Dzisiejsze autorytety są nimi tylko z nazwy, a obrońcy demokracji ze środowisk liberalnych i lewicowych mają ograniczoną legitymację, bowiem ich obrona wartości demokratycznych jest w istocie listkiem figowym dla ochrony własnych interesów.
Wszyscy oni są beneficjentami koncyliacyjnego przekazania władzy. Presja, jakiej w związku z podważaniem zasad państwa prawa przez dekadę doświadczyło środowisko Prawa i Sprawiedliwości, stanowi w ocenie Krzysztofa Szczuckiego skutek błędu początku. „Od 2015 roku żyjemy pod nieustanną tyranią praworządności. W rzeczywistości jednak jej początki sięgają samej transformacji ustrojowej. Jak inaczej nazwać bezrefleksyjne przywiązanie elit III RP do umowy zawartej z komunistami – porozumienia, które w praktyce uczyniło ich częścią nowej elity?” – pyta.
Myśl ta powraca wielokrotnie w narracji autora „Tyranii”. Kolejne etapy polskiej państwowości również postrzega on przez pryzmat decydującego udziału środowisk (post)komunistycznych, a także daleko idącej uległości elit solidarnościowych wobec komunistów. Jego zdaniem Konstytucja z 1997 roku, ze względu na okoliczności powstania, pozbawiona jest adekwatnej legitymacji i jako taka nie może być punktem referencyjnym wyznaczającym wspólne wartości i zasady ustrojowe.
Wykonywanie najwyższej władzy sądowniczej przez prawników ze środowisk, które rozwijały się w okresie PRL, utrwaliło brak odpowiedzialności komunistów za łamanie praw podstawowych, przemoc i terror wobec obywateli. Zablokowało też realizację obietnic wyborczych, których efektem byłoby naruszenie stworzonego układu. Powiązanie z instytucjami unijnymi i europejskimi w nowy sposób doprowadziło do poszerzenia wpływów tych środowisk, zwłaszcza w kontekście sporów o Sąd Najwyższy i Krajową Radę Sądownictwa, powołanych w ich ocenie niezgodnie z konstytucją. Organy międzynarodowe zasadniczo podzielały bowiem tę ocenę.
Bezrefleksyjna dogmatyczność, ale czyja?
Listę tych poglądów można wydłużać, sama w sobie nie zaskakuje. Już dwadzieścia lat temu stanowiły przedmiot realnych zabiegów politycznych i legislacyjnych, zmierzających do rewizji podstaw życia publicznego, a w konsekwencji naturalnie kwestionowanych przez znaczną część środowisk akademickich, prawniczych i politycznych. Część obserwacji Krzysztofa Szczuckiego w tym zakresie jest zresztą w jakimś stopniu prawdziwa – procesy te zachodziły i zachodzą.
Czy w tak dominującym stopniu, jak zdaje się mniemać autor „Tyranii praworządności”? Sądzę, iż w tej chwili to przedmiot przede wszystkim interpretacji, nie faktów. Dostrzegam długofalowe skutki obecności osób zaangażowanych w ustrój peerelowski w życiu publicznym III RP oraz koncyliacyjności procesu zmiany ustrojowej. Ich obecność chroniła interes dawnych towarzyszy, jak i skutkowała brakiem radykalnego potępienia osób odpowiedzialnych za przewiny państwa komunistycznego. Nie sposób nie zadać sobie pytania o drogę, jaka doprowadziła nas do momentu, w którym były członek Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej pełni dziś funkcję Marszałka Sejmu i jest jedną z twarzy środowiska praworządnościowego.
Praworządność przynosi koszyk gwarancji, dający szansę na to, by w złożonym, daleko nieidealnym świecie, zadbać o jednostki oraz stabilność relacji między państwem a nimi. Ale nie przynosi z sobą zapowiedzi spektakularnego sukcesu
Michał Królikowski
Czy jednak nie jest jednak tak, iż każde porozumienie czyni nas uczestnikami tworzącej się w ten sposób rzeczywistości, której zawsze jesteśmy – lub możemy być – beneficjentami. Nie sądzę, by istniały jakiekolwiek zaangażowania polityczne w pełni altruistyczne, ale nie oznacza to, iż nie mogą być na tyle zgodne z dobrem wspólnym, by uznać je za wystarczająco bezinteresowne.
Krzysztof Szczucki przekonuje, iż bez rozliczenia się z twórcami i akuszerami komunizmu w dalszym ciągu niemożliwa jest budowa adekwatnej moralności publicznej i systemu prawa? Czy to właśnie jest to napięcie, które rozdziera dziś wspólnotę polityczną? Kim są dzisiaj adresaci tych potencjalnych zabiegów? Ważni aktorzy życia publicznego sprzed czterdziestu lat, ich intelektualni następcy – ci, którzy włączyli się w życie publiczne, nie kwestionując jednoznacznie sposobu powstania III RP, a przez to godząc się na akces do tej grupy? Czy w takiej definicji nie mieszczą się wszyscy spoza środowiska politycznego, z którym związany jest autor „Tyranii” oraz tzw. środowisk antysystemowych?
„Myślenie dogmatyczne w polityce prowadzi do ideologii, a te – jak wiemy – zwykle nie wytrzymują krytyki w konfrontacji z rzeczywistością” – w pewnym momencie pisze Szczucki, ale nie obejmuje tego w dostateczny sposób autorefleksją. Sprawy z reguły są skomplikowane.
Kto i jak instrumentalizuje praworządność?
W wypowiedziach autora publikacji na temat tytułowych rządów przeplatają się luźne obserwacje, interpretacje, propozycje zażegnania kryzysu wymiaru sprawiedliwości, w końcu deklaracje i wezwania. O ile autor sprawnie wynajduje przykłady zdarzeń prawnych, które dobrze ilustrują jego tezy, to pomija wiele innych, które komplikują, a może po prostu urealniają, kreślony obraz rzeczy. To naturalne dla swobodnej, bardziej eseistycznej formy, jednak tu właśnie dostrzec można najbardziej, jakie konsekwencje ma rezygnacja z metody naukowej dla charakteru wywodu autora.
Skutkami sporu o praworządność są upadek wiążącej mocy orzeczeń sądowych i funkcjonowanie wielu ośrodków konkurujących między sobą w ocenach prawnych tego samego stanu rzeczy. Dla autora „Tyranii” to ocena oczywista. Zamiast poszukiwania wspólnego rozumienia wartości i koncepcji państwa prawa – związanych z wyborem określonej kultury prawnej – mamy narzucanie określonej ich wersji jednym przez drugich.
- Adam Strzembosz
- Stanisław Zakroczymski
Między prawem i sprawiedliwością
Krzysztof Szczucki zaznacza, iż zachodzi swoista „oligarchizacja prawa – instytucje, grupy, a niekiedy choćby pojedyncze osoby przypisują sobie prawo do wyznaczania standardów, według których ocenia się praworządność państwa. Spełnienie tych kryteriów oznacza, iż państwo jest praworządne, a ich odrzucenie – iż jest odwrotnie”. Jego zdaniem „współczesne rozumienie praworządności coraz częściej odbiera od klasycznego pojmowania jej jako rządów prawa sprawiedliwego, zakorzenionego w prawie naturalnym i odwołującego się do godności człowieka. w tej chwili praworządność oznacza w praktyce zgodność z kryteriami wyznaczanymi przez różne instytucje – najczęściej międzynarodowe – których umocowanie prawne bywa raz silniejsze, raz słabsze”. W innym miejscu powie: „Szczytem europejskiego bezprawia jest wywodzenie zasady wyższości prawa europejskiego nad konstytucjami państw członkowskich”.
Sporo uwag formułowanych przez Krzysztofa Szczuckiego wobec „przywracania praworządności” od dwóch lat należy pojmować w kontekście tych spostrzeżeń. Skoro to tylko siłowanie się na rękę, to nie chodzi o restytucję rządów prawa, a odzyskanie władzy. „Demokracja bez wartości, wykorzystywana tylko instrumentalnie, a więc sytuacja, kiedy władza przyznaje sobie prawo do nadzwyczajnych środków, niezależnie od wytłumaczenia, przestaje być fundamentem życia publicznego, stając się jedynie «wydmuszką» – zasłoną dymną dla kalkulacji politycznej, a w konsekwencji narzędziem walki. To tak naprawdę likwidacja systemu demokratycznego, która – o ironio – odbywa się w imię obrony demokracji” – argumentuje, komentując wysiłki Adama Bodnara i Waldemara Żurka.
Kontrapunktem dla tak rozumianej partykularnej praworządności jest w opinii Krzysztofa Szczuckiego ideał „rządów prawa sprawiedliwego zakorzenionego w prawie naturalnym i odwołującego się do godności człowieka”. To twierdzenie jest tak bardzo prawdziwe, jak abstrakcyjne – z tej formuły nie wynika w istocie nic wiążącego. Tak radykalna antynomia między „rządami prawa sprawiedliwego” a „praworządnością” promowaną przez salon liberalno-lewicowy, kreślona przez autora „Tyranii”, jest w znacznym stopniu fałszywa.
Powojenne korzenie europejskiego prawa
Praworządność w europejskiej kulturze prawa, podobnie jak godność człowieka, otwarcie na prawo naturalne, koncepcja budowania wspólnoty regionalnej i wiele innych naznaczone są doświadczeniem II wojny światowej. Kultura ta była odpowiedzią na system bezprawia, który narodził się z autorytaryzmu, afirmacji siły, nadziei pokładanych w silnym liderze, pogardy i dyskryminacji. Przez lata obudowano ją kryteriami formalnymi, odniesieniami procesowymi, powiązano z mniej oczywistymi wartościami nowoczesnej wersji liberalizmu, co oczywiście może rodzić niechęć. Niemniej nie odbiera to jej tożsamości aksjologicznej oraz delikatnej natury, która nie znosi wstrząsów.
Taka praworządność jest w nieustannym stanie zagrożenia. Każda wadliwie przeprowadzona kontrola odwoławcza orzeczenia sądowego czy każda niezasadna ingerencja w dobrostan świadka lub podejrzanego ze strony prokuratura jest jej zaprzeczeniem. Praworządność przynosi koszyk gwarancji, dający szansę na to, by w złożonym, daleko nieidealnym świecie, zadbać o jednostki oraz stabilność relacji między państwem a nimi. Ale nie przynosi z sobą zapowiedzi spektakularnego sukcesu.
Czy nie jest tak, iż wszyscy zachowujemy w sobie jakiś potencjał do odnajdywania dobra wspólnego, iż możemy uczyć się od ludzi niedoskonałych, iż miarą naszej dojrzałości jest zdolność do rozumienia uwarunkowań, ale też wyrozumiałość?
Michał Królikowski
Autor „Tyranii” dostrzega, iż jego bezwzględną krytykę prób naprawiania skutków rządów Prawa i Sprawiedliwości w obszarze wymiaru sprawiedliwości przez środki nadzwyczajne można skontrować „argumentami w rodzaju: «PiS też tak robiło» czy «PiS postępowało gorzej»”. Prosi jednak, by zadać sobie pytanie: „Czy obecne działania rzeczywiście służą dobru wspólnemu?”.
Zarzuca rządzącej większości przykładowo to, iż „zneutralizowanie – pozwólmy sobie na ten eufemizm – Trybunału Konstytucyjnego miało na celu usunięcie istotnej przeszkody w uchwalaniu całkowicie dowolnego prawa, nieograniczonego żadną kontrolą”. Jest to celny komentarz, bo stanowi świadectwo własnych poczynań. Dokładnie o to chodziło Prawu i Sprawiedliwości po 2016 roku, kiedy doświadczenie ambitnie orzekającego Trybunału Konstytucyjnego w latach 2005–2006 pozwoliło zrozumieć, iż bez dezaktywacji tego „ośrodka władzy”, nie jest możliwe przeprowadzenie istotnych reform w państwie drogą ustaw, które przynajmniej w części dotykają materii konstytucyjnej. Czynienie z tego samego zarzutu obecnej większości bez dostrzeżenia własnych win razi hipokryzją.
Nie chcę jednak kwitować tego symetrystycznym argumentem. Gdy w „Insygniach śmierci” zjawiskowa Luna pomaga Harry’emu dostać się do wieży Krukonów, musi, jak za każdym razem, rozwiązać zagadkę. Tym razem brzmi ona: „Co było pierwsze, Feniks czy płomień?”. Namyśla się i radośnie odpowiada: „Koło nie ma początku!”.
Tak właśnie dzieje się z praworządnością. Nie wiem, gdzie historia się zaczyna – przy Okrągłym Stole, wstąpieniu do struktur europejskich; przy którejś wypowiedzi Trybunału Konstytucyjnego na temat zasad ustrojowych i wzorców kontroli konstytucyjnej w czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości między 2005 a 2007 rokiem; przy próbie wybrania jednego sędziego Trybunału Konstytucyjnego awansem przed utratą władzy przez rząd Ewy Kopacz; czy przy niespotykanych wcześniej wstrząsach ostatniej dekady. Jestem pewien, iż zmiany z czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości wstrząsnęły fundamentami praworządności, zaś ostatnie dwa lata nie zostały efektywnie wykorzystane.
Fałszywe autorytety… ale nie wśród swoich
Ponieważ prawo jest konstruktem społecznym – czyli funkcjonuje między ludźmi – eksperci i urzędnicy odgrywają istotną rolę w budowaniu jego wiarygodności. Autor „Tyranii” widzi to podobnie i stanowczo rozlicza wielu z nich. „Stanowisko zajmowane przez pewnych ekspertów w debacie publicznej nie wynika wcale z owoców ich pracy naukowej, ale ze złych wyborów życiowych sprzed lat, które chcieli konsekwentnie ukryć przed opinią publiczną” – argumentuje.
Jest w tym zakresie niemal bezlitosny. Jego zdaniem obecną ekipę rządzącą charakteryzuje „zjawisko serwilizmu tzw. autorytetów”. Krzysztof Szczucki dodaje: „Kiedy piszę o tych ludziach, nie potrafię nazwać ich wprost «autorytetami», ponieważ nie spełniają – tak uważam – kilku podstawowych przesłanek kwalifikujących do takiego grona”. Wśród przesłanek, które charakteryzują autorytety wg Szczuckiego są m.in. „niezłomna wierność zasadom moralnym” czy „głębokie przywiązanie do dobra wspólnego”. Ocenia on również, iż owe „autorytety” działają niemal wyłącznie we własnym interesie.
Czy zdarza się, iż cenimy czyjś dorobek dlatego, iż jest wartościowy, a mamy z nim kłopot dopiero wtedy, gdy uwzględnimy okoliczności związane z autorem? Czy twierdzenia wywodzone z tradycji argumentacyjnej, w wypracowanej zgodnie co do konkretnych wartości kultury prawnej, tracą na autorytatywności z tego powodu, iż wypowiadający je ekspert zasiadał przy Okrągłym Stole? Czy błyskotliwość i przenikliwość umysłu jest definitywnie skażona przez błąd punktu wyjścia, odbierają mu finalnie wiarygodność? Czy nie jest tak, iż wszyscy zachowujemy w sobie jakiś potencjał do odnajdywania dobra wspólnego, iż możemy uczyć się od ludzi niedoskonałych, iż miarą naszej dojrzałości jest zdolność do rozumienia uwarunkowań, ale też wyrozumiałość i zgoda na to, iż wspólnota powstaje na podstawie programu składanego z niepasujących do siebie kawałków, które potrafią stworzyć jednak całość?
Zresztą wszystkie przytyki Krzysztofa Szczuckiego w stronę oponentów politycznych można skierować jednakowo w jego własne środowisko. Jego argumenty mogą być użyte wobec prawników, którzy w nadziei na profity włączyli się w kwestionowanie porządku ustrojowego w okresie rządów PiS. Są oni zakładnikami tych wyborów oraz zabezpieczonych interesów, a przywracanie praworządności jest dla nich zagrożeniem.
„Silne państwo” jest niebezpieczne dla swoich obywateli, bywa tyranią nadużyć, nie zawiera istotnych mechanizmów zabezpieczających przed własną degeneracją w autorytaryzm. To dlatego demokracja jest z natury „słabsza”. Są takie cnoty, które stanowią słabości
Michał Królikowski
Wypowiadają się jako eksperci czy sędziowie, mają takie same stopnie naukowe i togi, jak ci, których kwestionują. To oni narzucają swój sposób rozumienia kryteriów państwa prawa i odmawiają racji osobom lojalnym wobec dotychczasowej interpretacji demokratycznego państwa prawa. o ile nie można sformułować wobec nich tezy o oligarchizacji, to tylko dlatego, iż ich linia nie pozostało dominująca.
W tym sporze jednak ktoś musi mieć rację, przynajmniej co do tego, co jest dla nas – jako społeczeństwa – definiujące. Nie da się żyć jednocześnie w dwóch równoległych uniwersach.
Jak wygląda silne państwo?
„Potrzebujemy pilnie nowej konstytucji. Chodzi tu nie tylko o to, by w drodze porozumienia rozwiązać nasze wewnętrzne spory, ale o to, by jak najszybciej stworzyć taką architekturę ustrojową, w której będzie wiadomo, kto odpowiada za bezpieczeństwo państwa” – pisze autor „Tyranii”. To zdanie uważam za jedno z najważniejszych motywów stojących za książką i zaangażowaniem osobistym jej autora. Wyraża ono istotne rozstrzygnięcie dylematów, przed którymi stanął.
W jego interpretacji praworządność uzyskuje istotny kontrapunkt – jest nim bezpieczeństwo. Praworządność według liberalno-lewicowych interpretacji i związków instytucjonalnych, uwikłana w porozumienie z komunistami i Konstytucję pozbawioną realnej legitymizacji, zostaje przez Szczuckiego przeciwstawiona wizji sprawczości państwa oraz priorytetu bezpieczeństwa. „U podstaw prawidłowego działania [systemu prawa] leży ufność obywateli w jego skuteczność” – wyjaśnia. Nie zaś wstrzemięźliwość władzy, gwarancyjność, równość, kohabitacja wolności jednostek – dodajmy do tego.
Wezwanie do stworzenia nowej konstytucji wynika nie tylko z przekonania o braku jej dostatecznej legitymacji, ale także tego, iż jest wadliwie napisana i utrudnia funkcjonowanie państwa. To pogląd absolutnie dyskusyjny. Konstytucja obrosła szerokim orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego z czasów, kiedy powszechnie przypisywano mu autorytet orzeczniczy czy rozstrzygnięć eksperckich organów stosujących prawo, takich jak służby prawne Sejmu i Senatu – jest aktem o utrwalonej interpretacji i znacznej funkcjonalności.
Dla autora dalsze propozycje ustrojowe oraz konceptualizacje porządku społecznego są naturalnymi konsekwencjami przyjętego oglądu świata. Przede wszystkim zastrzeżenia praworządnościowe, tak jak są one definiowane w narracji liberalnej, naturalnej dla europejskiej kultury prawnej, należy odrzucić jako niewiarygodne i interesowne, argumentuje. Szczucki chciałby zastąpić to wszystko konkurencyjną wizją, preferowaną przez środowisko Prawa i Sprawiedliwości.
Nie widzi w tym krytykowanego przez siebie „przypisywania sobie prawo do wyznaczania standardów, według których ocenia się praworządność państwa”. Spory należy rozstrzygnąć przez potwierdzenie schematy reform wymiaru sprawiedliwości czasów Prawa i Sprawiedliwości oraz odmówienie legitymacji instytucjom unijnym, TSUE i ETPCz do oceniania zagadnień związanych z demokratycznym państwem prawa wobec systemu instytucjonalnego w państwie krajowym.
Nowa konstytucja powinna symbolicznie potępić czasy komunizmu i zaproponować nową preambułę, która zdefiniuje nas jako wspólnotę oraz zjednoczy wokół dobra wspólnego. Ambicja to godna poparcia. Jak to jednak uczynić, skoro jako społeczeństwo definiuje nas rozdarcie, nie porozumienie?
Krzysztof Szczucki, „Tyrania praworządności. O potrzebie nowej konstytucji”, Fundacja Politikon, Warszawa 2025Być może wizję odpowiedzi na to pytanie niesie kolejne przekonanie autora „Tyrani”. W ocenie Krzysztofa Szczuckiego to bezpieczeństwo jest naczelną wartością naszych czasów – ono powinno stać się punktem do definiowania naszego wspólnego interesu narodowego. Potrzebny jest silny, jednoosobowy organ, który posiada własne i niedzielone kompetencje, które staną się fundamentem działania państwa w momencie zagrożenia. I może nim być wyłącznie prezydent, przekonuje.
W wizji autora „Tyranii” powinien on posiadać uprawnienia do wydawania dekretów z mocą ustawy, regulujących ustrój i funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, sprawy obrony narodowej oraz służby zagranicznej. Obecne rozwiązania oparte zostały na formule checks and balances, oznacza to konieczność współpracy różnych organów, co uniemożliwia wszechwładzę jednego z ośrodków. Szczucki widzi to jako zagrożenie, bowiem w sytuacji kryzysu nie wiadomo, kto ostatecznie decyduje. W innym miejscu autor podkreśla, iż konieczny jest system „zaplanowany na tyle przejrzyście i sprawnie, iż w sytuacji realnego zagrożenia każdy organ państwa będzie wiedział, co ma robić, dzięki czemu nie dojdzie na tym tle do niepotrzebnych sporo kompetencyjnych, opóźniających adekwatną reakcję na zagrożenie zewnętrzne”.
Nie podzielam diagnozy, iż w obecne uwarunkowania konstytucyjne oznaczają spór kompetencyjny. Wręcz przeciwnie, przepisy ustrojowe są napisane – taka jest tradycyjna metoda legislacyjna – przy założeniu współpracy organów państwa i działaniu dla wspólnego celu, definiowanego jako dobro wspólne, uzgadnianego w dialogu. To politycy, przynajmniej niektórzy, wprowadzają spór do siatki instytucjonalnej, zarządzają przez konflikt i blokowanie ruchów. o ile tak rozumie się politykę, to rzeczywiście tylko skupienie całości kierunkowych decyzji w ręku jednej osoby, której podlega cały aparat państwa, redukuje ryzyko sporności w ośrodku decyzyjnym.
Model rządowo-parlamentarny pozwala na posiadanie przez kierujących państwem większych zasobów eksperckich i analitycznych, umożliwia szersze oddziaływanie na rzeczywistość, angażuje też szersze środowisko uczestników zdarzeń do włączenia się w proces ponoszenia odpowiedzialności za wypracowywane rozwiązania i sposób ich wdrożenia. Rozłożenie uprawnień między rząd a prezydenta wymusza współpracę – przy założeniu, iż w ewentualnym kryzysie państwowym osobistości życia publicznego zechcą działać we wspólnym, nadrzędnym interesie. A także, iż lepiej jest budować na zespole osób odpowiedzialnych niż na jedynowładcy, królu, a może i bogu.
Czy to idealistyczne? Sprawowanie władzy to skomplikowana i nieczytelna racjonalność. Rzeczywistość przypomina bardziej Olimp, gdzie choćby Zeus nie mógł wszystkiego, a pozostali bogowie wikłali się sojusze, ustępowali, zdradzali, zyskiwali. Czy jednak to nie świadomość niedoskonałości jednostki sprawia, iż do odpowiedzialności za kraj doprasza się wielu?
A jednak tezy Krzysztofa Szczuckiego okażą się dla wielu atrakcyjne. Dlaczego? Żyjemy w czasach, kiedy przekonanie o wartości demokracji słabnie, a politycy przez lata angażowali się w kwestionowanie autorytetu instytucji państwa. Otacza nas obiektywne zagrożenie koncertu mocarstw światowych, a model deliberatywny w Unii Europejskiej okazał się być zgodny ze swoją tożsamością – nieautorytarny i niewładczy, choć biurokratyczny.
Powszechnie dostrzegamy postulaty stawiania na troskę o własne interesy, większą skłonność do egoizmu narodowego, a ponad wszystko coraz większą afirmację siły jednostki i sprawczości państwa. Niestety takie państwo jest także niebezpieczne dla swoich obywateli, bywa tyranią nadużyć, nie zawiera istotnych mechanizmów zabezpieczających przed własną degeneracją w autorytaryzm. To dlatego demokracja jest z natury „słabsza”. Są takie cnoty, które stanowią słabości.
Na końcu – osobiście
„Staram się pisać uczciwie. Moje spostrzeżenia nie wpasowują się w prosty schemat polaryzacji. […] Nie udaję i nie chcę udawać obiektywnego obserwatora. Szczerze mówiąc, wątpię, czy tacy w ogóle istnieją. […] Jestem politykiem i prawnikiem zarazem, osobą zaangażowaną w życie publiczne, z jasno określonym światopoglądem” – podkreśla w toku swojego wywodu Krzysztof Szczucki.
Jestem autorowi, jak i Czytelnikom tego tekstu, również winien uczciwość. Od wielu lat, na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, biurko Krzysztofa styka się z moim. Miałem zaszczyt towarzyszyć mu podczas ostatnich lat studiów, później jako opiekun naukowy jego doktoratu czy szef w Biurze Analiz Sejmowych, wielokrotnie współautor, również na łamach „Więzi”, w końcu jako – tak przynajmniej ja to definiuję, a gdy patrzę na podarowane mi przez niego książki i wpisane dedykacje twierdzę, iż nie tylko ja – przyjaciel.
Przez ponad dekadę rozumieliśmy się w pół zdania, podobnie myśleliśmy o wartościach w prawie, mieliśmy zbieżne intuicje dotyczące praworządności, demokratycznego państwa prawa czy prawa karnego. Mieliśmy też tych samych mistrzów. Dość wspomnieć, iż recenzentem doktoratu Krzysztofa był w wyniku wspólnego wyboru prof. Andrzej Zoll.
Przystępując do lektury „Tyranii praworządności”, wracałem do dawnego przyjaciela, chcąc zrozumieć go, pojąć, gdzie wewnętrznie i intelektualnie jest dzisiaj. Tak też się stało. Książka jest dla mnie obrazem rozpadu przyjaźni opartej na fundamencie wspólnych wartości i poszukiwań badawczych, przyjaźni, za którą tęsknię. Patrząc szerzej, rozpadu wspólnoty, która szuka swojej tożsamości w podobnych odniesieniach aksjologicznych, intuicji dotyczącej dobra wspólnego, która akceptuje niedoskonałość wyborów dokonywanych przez uczestników trudnych czasów, bo dostrzega przynajmniej u niektórych przyzwoitość i prawość. Za taką wspólnotą tęsknię podobnie. To prawda o naszej rzeczywistości społecznej, o dramacie, który „Tyrania praworządności” tylko dokumentuje i utwierdza, o ile chcieć liczyć na ważne osoby życia publicznego, jak jej autor.
Sądząc po treści książki – dziś już raczej polityk konkretnej opcji spolaryzowanego życia publicznego niż profesor prawa. Wynika z tego istotna różnica w sposobie postrzegania prawa. Taki polityk postrzega prawo zdecydowanie jako część mechanizmu sprawowania władzy bardziej niż wiążącą nas, ograniczającą i definiującą kulturę, której warto okazać lojalność.

15 godzin temu





![Kraków: psy ze schroniska znalazły schronienie przed mrozami [+GALERIA]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2026/01/mid-26110057.jpg)











