Bp Robert Barron o Fultonie Sheenie: „Przyjaciel Jezusa Chrystusa”. Homilia podczas Nieszporów przed beatyfikacją

1 dzień temu

W przeddzień beatyfikacji abp. Fultona J. Sheena bp Robert Barron przypomniał, iż źródłem jego niezwykłej skuteczności ewangelizacyjnej nie były przede wszystkim talent, media ani popularność, ale głęboka przyjaźń z Jezusem Chrystusem. W homilii podczas Nieszporów wskazał trzy filary duchowości Sheena: doświadczenie Bożej łaski, uznanie własnej słabości i misyjne posłanie. Nazwał go także „świętym nowej ewangelizacji”.

Więcej artykułów o Kościele znajdziesz na stronie głównej: ewtn.pl

Piotr M. Pietrus, Źródło: PodProse | tłumaczenie EWTN Polska | 24 wrzesnia 2026 | Photo credit: EWTN
Tekst został przetłumaczony i opracowany na podstawie oryginalnych materiałów źródłowych przez EWTN Polska.
Jeśli chcesz być na bieżąco zapraszamy do zapisania się do newslettera.
Subskrybuj newsletter
Wesprzyj naszą misję

W przeddzień beatyfikacji abp. Fultona J. Sheena bp Robert Barron wygłosił podczas Nieszporów homilię poświęconą duchowym źródłom świętości jednego z najwybitniejszych katolickich ewangelizatorów XX wieku.

Barron przedstawił życie Sheena poprzez trzy etapy zaczerpnięte z opisu powołania proroka Izajasza: doświadczenie łaski Boga, uznanie własnej grzeszności i potrzebę oczyszczenia oraz misję.

Zdaniem biskupa to właśnie te trzy elementy pozwalają zrozumieć zarówno duchowość Sheena, jak i niezwykłą skuteczność jego apostolstwa.

Szczególne miejsce w homilii zajmuje codzienna godzina święta przed Najświętszym Sakramentem. Barron przypomina, iż Sheen przez niemal całe życie poświęcał każdego dnia nieprzerwaną godzinę na modlitwę przed Eucharystią. To właśnie z adoracji czerpał siłę do pracy, głoszenia kazań, pisania książek i ewangelizacji dzięki radia oraz telewizji.

Barron nie idealizuje jednak Sheena. Przywołuje fragmenty jego autobiografii, w których przyszły błogosławiony otwarcie pisał o własnej próżności, przywiązaniu do prestiżu czy popularności. Świadomość własnej słabości była dla Sheena częścią drogi oczyszczenia.

Trzecim wymiarem jego życia była misja. Fulton Sheen wykorzystał radio i telewizję w skali wcześniej niespotykanej w katolickiej ewangelizacji. U szczytu popularności jego programy oglądało około 30 milionów widzów, a do jego biura napływały dziesiątki tysięcy listów dziennie.

Dlatego bp Barron nazywa Fultona Sheena „świętym nowej ewangelizacji”.

Jego zdaniem każdy, kto dziś próbuje głosić Ewangelię współczesnemu światu nowym językiem i dzięki nowych środków komunikacji, w pewnym sensie idzie drogą, którą Sheen rozpoczął dziesiątki lat temu.

Poniżej publikujemy pełne tłumaczenie homilii bp. Roberta Barrona.

„Przyjaciel Jezusa Chrystusa”

Homilia bp. Roberta Barrona podczas Nieszporów przed beatyfikacją Fultona Sheena

Bp Robert Barron:

Arcybiskupie Rozanski, Eminencje, Ekscelencje, moi bracia biskupi i kapłani, diakoni, osoby konsekrowane, wierni świeccy, przyjaciele w Chrystusie — uważam za jeden z największych przywilejów mojego życia możliwość wygłoszenia tej homilii w wigilię beatyfikacji Fultona Sheena.

Od samego początku mojej własnej działalności ewangelizacyjnej Sheen był dla mnie wzorem i inspiracją. Rzeczywiście uważam go za jedną z kluczowych postaci współczesnej historii Kościoła katolickiego, ponieważ otworzył drzwi do ewangelizacji świata dzięki mediów elektronicznych.

W połowie ubiegłego wieku w katolicyzmie dokonało się niezwykłe odrodzenie intelektualne, literackie i duchowe. Myślimy o takich postaciach jak Graham Greene, Dorothy Day, Jacques Maritain, Henri de Lubac, Thomas Merton, Evelyn Waugh i wielu innych.

Sheen był bardzo ważnym uczestnikiem tego renesansu i można powiedzieć, iż spośród całej tej plejady wybitnych ludzi był postacią najbardziej znaną i wpływową.

Billy Graham mówił o nim po prostu: „wielki komunikator”.

Według powszechnej opinii arcybiskup Sheen był najwybitniejszym kaznodzieją języka angielskiego w XX wieku.

U szczytu swojego oddziaływania Sheen gromadził przed telewizorami trzydzieści milionów widzów w każdy wtorkowy wieczór i otrzymywał dwadzieścia pięć tysięcy listów dziennie z całego kraju.

Ale moim zamiarem tego wieczoru nie jest mówić przede wszystkim o tym aspekcie życia i działalności Sheena, ale raczej o tym, co uczyniło go błogosławionym — świętym człowiekiem Bożym.

Podejrzewam, iż sam Sheen powiedziałby, iż człowiek błogosławiony, człowiek święty, to ktoś, kto jest przyjacielem Jezusa Chrystusa.

Wielokrotnie przez całą swoją działalność podkreślał, iż chrześcijaństwo nie jest abstrakcyjną filozofią ani zbiorem przekonań moralnych, ale relacją z żyjącą Osobą — z Tym, który w noc przed swoją śmiercią powiedział Apostołom:

„Już was nie nazywam sługami, ale przyjaciółmi”.

Trzy etapy drogi duchowej

Jak więc wygląda przyjaźń z Synem Bożym?

W trzecim rozdziale autobiografii Sheena Treasure in Clay znajduje się bardzo pouczający fragment, w którym mówi on o swoim powołaniu do kapłaństwa.

Jego ujęcie stanowi, jak sądzę, pewien wzór dla relacji każdego człowieka z Panem.

Sheen posługuje się słynną opowieścią o powołaniu proroka z szóstego rozdziału Księgi Izajasza.

Pierwszym etapem Bożej przyjaźni — cytuję teraz Sheena — jest:

„poczucie świętości Boga, Jego przejmującej transcendencji, Jego majestatu, piękna i mocy”.

Izajasz miał wizję Pana zasiadającego na tronie, podczas gdy aniołowie śpiewali:

„Święty, Święty, Święty jest Pan Zastępów”.

Sheen wiedział, iż autentyczna droga duchowa nigdy nie zaczyna się od tego, czego ja chcę, od moich projektów, planów czy osiągnięć, ale zawsze od wtargnięcia łaski i wynikającego z niego poddania się temu, czego Bóg pragnie dokonać we mnie i przeze mnie.

Drugi etap wynika z pierwszego.

Jest nim — według słów Sheena:

„głębokie poczucie własnej niegodności”.

Tak jak zabrudzenia na szybie stają się w pełni widoczne dopiero w ostrym świetle, tak samo grzech staje się bardziej — a nie mniej — widoczny w świetle łaski.

Jak ujmuje to Sheen:

„Bóg jest święty. Ja nie jestem. Biada mi”.

Izajasz wyraził to w ten sposób:

„Jestem mężem o nieczystych wargach i mieszkam pośród ludu o nieczystych wargach”.

Wtedy Bóg podejmuje długie dzieło oczyszczenia, a następnie rozpoczyna się trzeci etap.

Jeszcze raz Sheen:

„Po oczyszczeniu Izajasz usłyszał głos Pana pytającego: «Kogo mam posłać?». A Izajasz odpowiedział: «Oto ja, poślij mnie»”.

Trzecią drogą duchowego życia każdego człowieka jest misja — bycie posłanym jako ten, kto niesie innym łaskę.

Chciałbym więc tego wieczoru, choć krótko, spojrzeć na świętość Fultona Sheena właśnie poprzez ten trójczęściowy schemat.

Pierwszy etap: wtargnięcie łaski

Przyjrzyjmy się najpierw wtargnięciu łaski.

Życie Sheena było na wskroś naznaczone znakami niezasłużonej Bożej miłości.

Stały się one rzeczywiście kotwicą całej jego duchowej drogi.

Otrzymał swoją katolicką wiarę jako dar, kiedy został ochrzczony w kościele św. Marii w El Paso w stanie Illinois.

Odczuł działanie Bożej Opatrzności, gdy jako ośmioletni ministrant w prezbiterium katedry w Peorii usłyszał niezwykłe proroctwo biskupa Spaldinga.

Cytuję:

„Powiedz swojej matce, iż kiedy dorośniesz, pojedziesz do Leuven i będziesz taki jak ja”.

Doświadczył tego również pewnego popołudnia, kiedy jako seminarzysta w seminarium św. Pawła w St. Paul w Minnesocie słuchał konferencji wygłaszanej przez ojca duchownego.

Cytuję Sheena:

„Mój umysł jakby został przeniknięty światłem. Ogarnęło mnie przemożne przekonanie o pewności wiary”.

Ta pewność nie była jednak wyłącznie sprawą intelektu.

Jak mówił Sheen, była zakorzeniona w jego miłości do Kościoła.

A Kościół znajdował osobowy wyraz w następcy Piotra.

Dlatego Sheen doświadczał świętości i łaski Boga za każdym razem, gdy uczestniczył w audiencji u papieża.

Fascynujące jest to, iż każde swoje spotkanie z papieżem postrzegał niemal jak doświadczenie mistyczne.

A skoro mówimy o wielkiej rzeczywistości łaski, jak moglibyśmy nie wspomnieć o relacji Fultona Sheena z Tą, którą Pismo Święte określa mianem kecharitomene — pełnej łaski?

Maryja niejako przenika całe życie duchowe Fultona Sheena.

Od jego chrztu w kościele św. Marii, poprzez święcenia w katedrze poświęconej Maryi, głębokie nabożeństwo do różańca, aż wreszcie po ponad trzydzieści pielgrzymek do Lourdes, gdzie odwiedzał — jak mówił — „Kobietę, którą kochałem”.

Zgodnie z głównym nurtem katolickiej tradycji teologicznej Sheen widział w Maryi najdoskonalszy przykład człowieka przyjmującego niezasłużoną miłość Boga.

Dlatego w tym wyjątkowym naczyniu łaski, w tej ostatecznej Arce Przymierza, w jedynej chlubie naszej skażonej natury, Sheen dostrzegał w najpełniejszym stopniu świętość Dawcy daru.

Godzina święta

Nigdzie zakorzenienie Fultona Sheena w łasce Chrystusa nie było widoczne bardziej niż w jego niemal dożywotnim oddaniu godzinie świętej — codziennej, nieprzerwanej godzinie modlitwy w obecności Najświętszego Sakramentu.

Chociaż mówił, iż często zabierał ze sobą notatnik, na wypadek gdyby przyszła mu do głowy dobra myśl do homilii czy artykułu, godziny święte nie były w istocie czasem osiągania czegoś czy wykonywania pracy.

Były okazją, by trwać w obecności Pana Jezusa.

Tak to ujmował:

„Kiedy patrzy się na zachód słońca, twarz nabiera złotego blasku. Patrzenie przez godzinę na eucharystycznego Pana przemienia serce w tajemniczy sposób, tak jak twarz Mojżesza została przemieniona po jego przebywaniu z Bogiem na górze”.

Sheen z pewnością bardzo cenił zdanie przypisywane Proboszczowi z Ars.

Kiedy zapytano wielkiego świętego, co dzieje się podczas adoracji eucharystycznej, odpowiedział:

„On patrzy na mnie, a ja patrzę na Niego”.

Godzina święta przygotowuje również człowieka do misji.

Zmieniając metaforę, Sheen mówił, iż ten, kto wiernie trwa przed tabernakulum, jest jak:

„pies u drzwi pana, gotowy na wypadek, gdyby ten go zawołał”.

Choć potrzebowało to czasu, zachęcanie przez Fultona Sheena do codziennej godziny świętej głęboko zakorzeniło się dziś w życiu kapłanów, seminarzystów i wiernych świeckich na całym świecie.

Pokornie przyznam, iż sam nauczyłem się tej praktyki od moich studentów w seminarium Mundelein, którzy dobrze znali Sheena i którzy z wielką mocą świadczyli o skuteczności godziny spędzanej przed Panem.

Dziś sam rozkoszuję się godziną świętą, którą każdego ranka odbywam w mojej prywatnej kaplicy, zanim rozpocznę dzień pracy.

Drugi etap: uznanie grzechu i oczyszczenie

Drugą wielką drogą duchowego życia, jak już widzieliśmy, jest szczere uznanie grzechu oraz własnej potrzeby przebaczenia i uzdrowienia.

Choć czytałem ją wcześniej wiele razy, przygotowując się do tego kazania, ponownie przeczytałem wielką autobiografię Sheena.

Tym, co szczególnie uderzyło mnie przy tej lekturze, była jego gotowość do przyznawania się do własnych porażek, błędnych osądów i osobistych słabości.

Sam tytuł książki adekwatnie zdradza wszystko: Treasure in Clay — „Skarb w glinianym naczyniu”.

Sheen wiedział, jak cenny jest skarb, który nosi, i wiedział również, jak kruche jest naczynie.

Przyznaje więc, iż miał w sobie pewną dozę próżności.

Cytuję:

„Kiedy byłem księdzem, sprawiało mi radość, gdy zwracano się do mnie «Ojcze». Tytuł «Monsignor» brzmiał dla mnie wyjątkowo melodyjnie”.

Dalej przyznaje — znów cytuję:

„Wyznaję także, iż cieszyły mnie przywileje przysługujące biskupowi — jego miejsce przy stole, wyjątkowo miękki klęcznik i szacunek rodzący się z wiary”.

Dodaje:

„Cieszył mnie prestiż profesora uniwersyteckiego”.

I wreszcie przyznaje:

„Byłem popularny. Zabiegano o mnie. Byłem przyjacielem zarówno rodzin królewskich, jak i zwykłych ludzi. Ale jak blisko byłem krzyża?”

Musimy teraz przypomnieć sobie historię powołania Izajasza.

To właśnie po intensywnym doświadczeniu majestatu Boga prorok uświadamia sobie swoją słabość.

W tym kontekście powinniśmy przypomnieć sobie jeszcze jedną biblijną opowieść szczególnie bliską sercu Sheena — powołanie pierwszych uczniów w Ewangelii św. Łukasza.

Po pełnym światła spotkaniu z chwałą Pana, objawioną w cudownym połowie ryb, Piotr pada na kolana i mówi:

„Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”.

To właśnie ten, kto stoi w świetle, widzi jasno swój grzech.

Tak charakterystyczne dla naszych czasów samousprawiedliwienie — „ja jestem w porządku, ty jesteś w porządku, nie mów mi, iż robię coś źle” — nie jest znakiem tego, iż jesteśmy bez skazy, ale raczej tego, iż bardzo oddaliliśmy się od Boga.

Głębokie zanurzenie Fultona Sheena w łasce pozwalało mu dostrzec to, co w nim samym było kruche i niedoskonałe.

Jeden z bohaterów arcybiskupa, G.K. Chesterton, pięknie uchwycił ten paradoks:

„W mojej religii są święci. To po prostu ludzie, którzy wiedzą, iż są grzesznikami”.

W opisie Izajasza anioł bierze rozżarzony węgiel i dotyka nim nieczystych warg proroka, przygotowując go do misji.

Podobnie Fulton Sheen przyjmował cierpienia, które spotykały go zarówno wewnątrz Kościoła, jak i poza nim, jako bolesne, palące działanie anioła oczyszczenia.

Tak o tym mówił:

„Skoro sam nie chciałem wziąć krzyża, Pan kładł go na moje plecy”.

Podobnie jak św. Jan Paweł II, nigdy nie uważał cierpienia za coś głupiego czy pozbawionego sensu.

Przeciwnie — było ono drogą, dzięki której on, będąc już kapłanem, stawał się również ofiarą.

Poprzez ból ten, który składał ofiarę, sam stawał się ofiarą składaną, a przez to coraz pełniej upodabniał się do Chrystusa Jezusa.

Trzeci etap: misja

Trzecią drogą duchowej wędrówki jest misja.

Kiedy człowiek zostaje zanurzony w łasce i oczyszczony, zostaje posłany.

Po wyznaniu grzechu św. Piotr słyszy słowa Pana:

„Nie bój się. Odtąd ludzi będziesz łowił”.

To właśnie ta droga wymaga odpowiedzi — naszej prawdziwej współpracy z łaską.

I, przyjaciele, czy w XX wieku był ktoś, kto szedł tą drogą skuteczniej, radośniej i z większym entuzjazmem niż Fulton Sheen?

Kiedy rozpoczynał studia w Leuven, mówił, iż oczywiście pragnie czytać św. Tomasza z Akwinu, ale jego cel był przede wszystkim apostolski, a nie kontemplacyjny.

Chciał bowiem zastosować myśl św. Tomasza do wielkich pytań i dylematów swoich czasów.

Idąc za radą kardynała Merciera, przez wszystkie lata wykładania na Catholic University pilnie studiował sztukę, naukę, filozofię i literaturę świata świeckiego.

Ponieważ zawsze pragnął, aby jego nauczanie było skierowane na zewnątrz, ku misji, z entuzjazmem odpowiedział na zaproszenie, by zostać jednym z głównych mówców audycji radiowej Catholic Hour.

Dlaczego?

Wiedział, iż dzięki temu ściany jego sali wykładowej zostaną rozszerzone w sposób niemal niewyobrażalny.

Bez wątpienia przez wszystkie te lata nieustannie słyszał polecenie Pana:

Duc in altum — wypłyń na głębię.

Słowa te przez cały czas rozbrzmiewały w jego duszy, gdy wykorzystał możliwość przemawiania poprzez telewizję do całego narodu.

Kiedy wielu ludzi ze środowiska akademickiego zastanawiało się, czy roztropne jest przedstawianie złożoności nauczania katolickiego tak szerokiej publiczności, Sheen się nie zawahał.

Był oczywiście znakomicie przygotowany naukowo, ale posiadał także niezwykły dar komunikowania się z szeroką publicznością.

Udowodnił, iż wyrafinowaną prezentację wiary można przedstawić na największej możliwej scenie.

W latach 1950–1966 ten wielki ewangelizator pełnił także funkcję krajowego dyrektora Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary.

W tej roli został głęboko włączony w działalność misyjną Kościoła na całym świecie.

Podróże podejmowane w celu wspierania misji Kościoła zaprowadziły go do Nowej Gwinei, na Borneo, wyspy południowego Pacyfiku, do Chin, Ugandy, Australii, Pakistanu, Kenii i wielu innych krajów.

Całkiem nieźle jak na chłopaka z El Paso w stanie Illinois.

Duc in altum — wypłyń na głębię.

Przez całe swoje życie i na całym świecie Sheen przemawiał, głosił kazania i prowadził rekolekcje.

Byłem zdumiony, gdy w jednej z jego biografii natrafiłem na statystykę mówiącą, iż przez większą część swojej publicznej działalności podróżował trzy razy w tygodniu, aby wygłaszać przemówienia.

To znaczy sto pięćdziesiąt podróży rocznie — przez dziesięciolecia.

Wypływał na głębię.

Nikt w XX wieku nie przeszedł wielkiej drogi misji z większym rozmachem i oddaniem niż Fulton Sheen.

Sheen jako święty nowej ewangelizacji

I na koniec, drodzy przyjaciele — błogosławieni i święci są dla Kościoła.

To, co zrobimy jutro, w żaden sposób nie zwiększy świętości Fultona Sheena.

Nie sprawi, iż jego miejsce w niebie stanie się wyższe.

To, co zrobimy jutro, dotyczy raczej Kościoła, ponieważ w potężny sposób stawia tego świętego człowieka przed oczami świata.

Wierzę, iż Fulton Sheen jest par excellence świętym nowej ewangelizacji.

Jan XXIII pojmował Sobór Watykański II jako sobór misyjny.

Jego celem było przyniesienie lumen gentium — światła Chrystusa — narodom, wyprowadzenie Kościoła poza jego mury służące samozachowaniu i doprowadzenie go do spotkania z szeroko pojętym społeczeństwem.

Papież Paweł VI z wielką energią podjął ten temat, pisząc w Evangelii Nuntiandi, iż Kościół ze swej natury jest misyjny.

Jan Paweł II, który uczestniczył w synodzie prowadzącym do powstania Evangelii Nuntiandi, uczynił nową ewangelizację jednym z centralnych tematów swojego pontyfikatu.

Benedykt XVI, Franciszek i Leon XIV przez cały czas rozwijali ten temat.

Fulton Sheen uczestniczył w Soborze Watykańskim II, a po powrocie z pasją podejmował jego główne motywy.

Ale wierzę, iż przez cały okres swojej posługi również wyprzedzał to centralne wezwanie do ewangelizacji, która — jak ujął to papież Jan Paweł II — jest nowa w metodzie, nowa w wyrazie i nowa w zapale.

Dlatego każdy, kto poszukuje świeżego języka, aby nieść Ewangelię naszej kulturze, każdy, kto głosi odwieczne Słowo z sercem płonącym ogniem, każdy, kto odważa się korzystać z dostępnych nam dziś środków komunikacji — ma dług wobec Fultona Sheena i znajduje w nim potężnego niebiańskiego przyjaciela i orędownika.

Źródło: transkrypcja homilii bp. Roberta Barrona opublikowana przez PodProse na podstawie nagrania z Nieszporów poprzedzających beatyfikację Fultona J. Sheena.

Tłumaczenie: EWTN Polska.

Idź do oryginalnego materiału