Kiedy słyszymy o ataku w szkole, myślimy przede wszystkim o bezpieczeństwie własnych dzieci. Czy ktoś zauważył zagrożenie? Czy można było powstrzymać napastnika? Co zrobić, żeby podobna tragedia się nie powtórzyła?
To naturalne i potrzebne pytania. Groźby wymagają reakcji, a szkoła musi umieć chronić uczniów i nauczycieli. Niepokoi mnie jednak, iż w tych rozmowach łatwiej przychodzi nam mówić o zabezpieczeniach niż o wychowaniu.
Arkady Rzegocki na Zero.pl, przywołując brytyjskie doświadczenia, ostrzegał przed upowszechnieniem noszenia noży. Nie lekceważę tego problemu. Chciałbym jednak zapytać o coś wcześniejszego: co sprawia, iż młody człowiek uznaje krzywdzenie innych za dopuszczalne? I jak pomóc mu wykształcić zdolność zatrzymania się, zanim gniew zamieni się w czyn?

Czy boimy się wychowywać?
Mam wrażenie, iż coraz bardziej obawiamy się samego wychowania. Stawiania wymagań, powierzania obowiązków, egzekwowania konsekwencji. Jakby każde „powinieneś” mogło naruszyć wolność dziecka, a każda trudność — jego dobrostan.
Troska o dobrostan i komfort jest do pewnego stopnia słuszna. Dziecko potrzebuje bezpieczeństwa, miłości i dorosłych, którzy wysłuchają jego problemów. Nie powinno doświadczać poniżenia ani przemocy pod pozorem hartowania charakteru. Jednak wychowanie nie może polegać na usuwaniu z jego życia wszelkiego wysiłku i rozczarowania.
Młody człowiek słyszy czasem: dbaj przede wszystkim o swój komfort, broń swojego „ja”, słuchaj swoich pragnień, nie pozwól sobie niczego narzucić. Takie wskazania mogą pomagać komuś, kto nie umie chronić się przed krzywdą. Stają się jednak antywychowaniem, gdy nie towarzyszy im nauka obowiązków wobec innych.
Jeśli moje samopoczucie staje się najwyższą miarą dobra, drugi człowiek łatwo zaczyna wyglądać jak przeszkoda. Zwłaszcza wtedy, gdy mi odmawia, sprzeciwia się albo sprawia przykrość. Nie wolno oczywiście na tej podstawie wyjaśniać konkretnej zbrodni ani automatycznie oskarżać rodziców. Trzeba jednak dostrzec niebezpieczeństwo wychowania, które rozwija oczekiwania, a zaniedbuje odpowiedzialność.
Odpowiedzialność trzeba ćwiczyć
Wychowanie przygotowuje człowieka również do chwil, w których jest trudno. Do przegranej, odrzucenia, zazdrości i gniewu. Uczy, iż uczucia zasługują na uwagę, ale nie każde działanie podjęte pod ich wpływem jest usprawiedliwione.
Mogę czuć się pokrzywdzony i przez cały czas odpowiadam za to, co zrobię. Mogę bardzo czegoś pragnąć i przez cały czas muszę uszanować odmowę. Mogę się bać i potrzebować pomocy, zamiast próbować zastraszyć innych.
Historia Kaina i Abla pokazuje właśnie ten moment przed tragedią. Bóg ostrzega Kaina przed złem i wzywa go do panowania nad nim. Gniew nie przesądza jeszcze o zbrodni. Człowiek pozostaje odpowiedzialny za swoją odpowiedź.
Dlatego wychowanie wymaga czegoś więcej niż przekazania zasad. Potrzebne są codzienne ćwiczenia odpowiedzialności: dotrzymywanie słowa, wykonanie powierzonej pracy, naprawienie wyrządzonej szkody, pomoc komuś słabszemu.
Im więcej ludzi potrafi tak postępować, tym większa szansa, iż konflikt zostanie zatrzymany, krzywda zauważona, a zagrożony człowiek otrzyma pomoc.
Kto ma wychować takich ludzi?
Pierwsza odpowiedzialność spoczywa na rodzinie. Dziecko obserwuje, jak dorośli traktują siebie nawzajem, rozwiązują spory i przyznają się do błędów. Szkoła również wychowuje — przez wymagania, sposób reagowania na krzywdę i relacje między ludźmi, choć można zabserować niepokojący proces wymuszania przez część rodziców rezygnacji ze stawiania w szkole młodzieży wymagań.
Nie powinniśmy jednak zostawiać rodziny i szkoły samych. Potrzebujemy wspólnot, w których młody człowiek doświadcza, iż jest potrzebny innym i iż inni mogą na nim polegać.
Taką możliwość daje harcerstwo: wspólna praca, służba, odpowiedzialność za zadanie i za kolegów. Warto przypomnieć również tradycję sokolstwa i innych organizacji, które łączyły rozwój sprawności z kształtowaniem charakteru i obowiązkami wobec wspólnoty.
Myślę także o wychowawczym wymiarze dobrze prowadzonej służby wojskowej oraz policyjnej. Wojsko i policję często określamy jako instytucje „siłowe”. Tymczasem powierzenie człowiekowi siły powinno oznaczać szczególne wymaganie opanowania i odpowiedzialności.
Żołnierz ma bronić wspólnoty. Policjant — chronić ludzi. Sens ich służby wykracza poza własne bezpieczeństwo. Chesterton ujmował to w myśli, iż żołnierza do walki powinna prowadzić miłość do tych, których osłania, zamiast nienawiści do przeciwnika.
Oczywiście mundur sam przez się nie wychowuje. Każda instytucja może sprzeniewierzyć się swojej misji. Właśnie dlatego potrzebuje zasad i ludzi, którzy rozumieją, komu służą.
Cztery cnoty, bardzo konkretne zadania
Klasyczna tradycja wychowania wskazuje cztery cnoty: umiarkowanie, sprawiedliwość, męstwo i roztropność. Ich nazwy brzmią dziś staroświecko. Ich zadania pozostają codzienne.
Umiarkowanie uczy panowania nad impulsami. Pozwala przerwać kłótnię, powstrzymać obraźliwe słowo, zrezygnować z odwetu. Pomaga zrozumieć, iż nie każdemu pragnieniu trzeba być posłusznym.
Sprawiedliwość każe uznać prawa drugiego człowieka. Także tego, którego nie lubię. Jego godność nie zależy od mojego nastroju, a moja krzywda nie daje mi prawa do skrzywdzenia jego.
Męstwo pozwala zrobić to, co słuszne, mimo strachu. Stanąć po stronie wyśmiewanego kolegi, zgłosić groźby, poprosić o pomoc mimo presji grupy. Odważniej jest odmówić udziału w okrucieństwie i zapobiec mu niż popisywać się przed innymi.
Roztropność pomaga rozpoznać zagrożenie i wybrać adekwatne działanie. Podpowiada, kiedy rozmawiać, kiedy się wycofać, a kiedy natychmiast wezwać pomoc. Chroni przed brawurą i przed obojętnością.
Te cnoty potrzebują ćwiczenia oraz przykładu dorosłych. Nie rozwiną się od samego zapewnienia dziecka, iż jest ważne. Musi ono również odkryć, iż ważni są inni.

Człowiek na noszach
Taką odpowiedzialność pokazuje historia Desmonda Dossa, amerykańskiego sanitariusza znanego z filmu „Przełęcz ocalonych”. Ze względów religijnych odmawiał noszenia karabinu, ale chciał służyć, ratując życie rannych. Podczas walk na Okinawie w 1945 roku wielokrotnie narażał dla nich własne życie. Szczególnie porusza mnie epizod zapisany w oficjalnym uzasadnieniu przyznania mu Medalu Honoru. Kiedy sam był ranny i niesiono go na noszach, zobaczył człowieka w cięższym stanie. Zszedł z noszy i polecił, żeby najpierw udzielono pomocy tamtemu żołnierzowi. Doss miał wszelkie powody, żeby skupić się na sobie. Cierpiał, potrzebował opieki, znajdował się w niebezpieczeństwie. Potrafił jednak dostrzec cudzą potrzebę.
Nie oczekujemy od każdego dziecka bohaterstwa na miarę pola bitwy. Możemy natomiast wychowywać do tej samej podstawowej zdolności: zauważenia drugiego człowieka również wtedy, gdy własne pragnienie, ból albo gniew domagają się całej uwagi.
Ochrona szkół wymaga konkretnych działań. Wychowanie wymaga lat. Właśnie dlatego nie możemy odkładać go na później ani obawiać się wymagań stawianych z miłością.
Chciałbym, żeby młodzi ludzie słyszeli od nas zarówno: „jesteś ważny”, jak i: „inni mogą cię potrzebować”. Żeby odkrywali, iż wolność pozwala przyjąć obowiązek, a siła może służyć ochronie słabszych. Od tego zaczyna się odpowiedzialność.
Michał Jędryka

1 dzień temu


![W 60. rocznicę deklaracji soborowej „Nostra aetate” wydano watykański dokument „Droga nadziei” [DOKUMENT]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2024/02/karim-ben-van-u84rwkq30ig-unsplash.jpg)













