Dziś w Libanie strach przed wojną miesza się z nadzieją, która wciąż tli się od czasu wizyty Leona XIV. Czy da się żyć razem w kraju poprzedzielanym granicami religii i stronnictw politycznych?
Co kilka dni izraelskie drony krążą nad Bejrutem. Od ich głośnego, jednostajnego brzęczenia trudno się odpędzić. Tym bardziej, iż wciąż nie wiadomo, co przyniesie ono w najbliższych tygodniach. Maszyny latają nad południowymi dzielnicami, ale w stolicy Libanu akustyka jest wyjątkowo dobra.
Nieco ponad tydzień przed wizytą papieża Leona XIV, po raz pierwszy od miesięcy, izraelskie pociski uderzyły w przedmieścia Bejrutu. Libańczycy od dawna nie pytali już, czy wybuchnie nowa wojna. Pytali: kiedy.
WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
W 1975 roku wystarczyła iskra, żeby rozpętał się konflikt domowy. Chrześcijanie, muzułmanie, druzowie, Libańczycy, Palestyńczycy, Syryjczycy – linie frontu przebiegały we wszystkich kierunkach. Także wewnątrz tych grup.
Trwający w tej chwili konflikt z Izraelem może łatwo doprowadzić do nowej wojny domowej. Szczególnie jeżeli migracja szyitów z powodu bombardowań się powtórzy. A to nie jedyny scenariusz – wszelkie zmiany demograficzne w Libanie to od lat skuteczny iskrownik. I choć dziś w Bejrucie rzadko słychać strzały, to strach i niechęć między grupami religijnymi i zwolennikami różnymi partii politycznych mają się świetnie.
Słowo „pokój” padło nie raz z ust papieża do Libańczyków. W wielu wciąż brzmi ono wyraźnie – w niektórych od bardzo dawna. Bo gdzieś między starymi willami a wieżowcami, wyglądającymi jak przypadkowe słupki statystyczne, są ludzie, którzy mówią o swoich sąsiadach:
– Musimy żyć z nimi.
Bo inną opcją jest tylko katastrofa. Prędzej czy później.
Jestem Libanem
Ojciec Jacka jest Ormianinem. Ochrzczony w Kościele ortodoksyjnym, w młodości przeszedł on do katolickiego odłamu. Tylko tak mógł poślubić muzułmankę – szyitkę, której jedna siostra jest druzyjką, druga sunnitką. A paru kuzynów to maronici – członkowie najliczniejszej chrześcijańskiej denominacji w Libanie.
– Jestem Libanem – mówi Jack z rozbawieniem. Rzeczywiście, taki miks jest możliwy chyba tylko tutaj. A mieszane małżeństwa wcale nie są rzadkością. Podobnie jak konwersje.
W 2020 roku Jack założył pierwszy ormiański, chrześcijański klub fighterski w Libanie. W Bejrucie szkół sztuk walki nie brakuje – muzułmańskich czy maronickich. Ale u Jacka tylko nieco ponad połowa trenujących to chrześcijanie. Reszta – sunnici, szyici, druzowie.
– Miałem wystarczająco pieniędzy, żeby wybudować sobie dom w Armenii. Ale zdecydowałem zostać tu. W Bourj Hammoud.
Libańskie podręczniki do historii zatrzymują się przed wojną domową. A żeby w Libanie uznać czyjąś perspektywę, często trzeba uznać także swoją winę
Julia Bednarska
Tradycyjnie to dzielnica ormiańska; dziś mieszkają tu wszyscy. Twarze ludzi, których mija się, krążąc po gwarnych uliczkach, prezentują cały przekrój Azji i Afryki. Przed wojną z 2024 roku wielu migrantów zarobkowych mieszkało w Dahyeh – południowych przedmieściach Bejrutu, w których Hezbollah jest szczególnie obecny. Ale bombardowania przetasowały miasto.
W Bourj Hammoud co krok powiewa flaga Armenii, a ze ścian krzyczy graffiti: „Zatrzymać azerską agresję!”. Kawałek dalej, na osiedlu Naba, szyicka partia Amal rozwiesiła własne flagi – tuż obok kapliczki św. Szarbela. Gdzieś z balkonu zwisa poszarpana płachta UNHCR-u.
– W Ashrafiyeh czy Hamrze zarabiałbym ze trzy razy więcej. Ale za nic się nie przeniosę. Treningi zmieniają życie tych chłopaków i dziewczyn z dzielnicy. Uczą ich cierpliwości, wytrwałości, szacunku do siebie i drugiego – mówi Jack.
Jeśli teraz zrezygnujesz
Całą opowieść zaczyna on jednak od czegoś innego.
– Kocham Jezusa – mówi spokojnie i pewnie, siedząc za stołem w jednej z sieciowych kawiarni. Kiedyś obawiał się tego przyznawać. Nie chciał być zaliczony do tych z libańskich chrześcijan, którzy są silnie zaangażowani w politykę.
– Bóg naprawdę nade mną czuwał. Pewnego dnia w 2019 roku wypłaciłem z banku prawie wszystkie pieniądze, żeby zainwestować w klub.
Kilka dni później Jack nie miałby na to szans. Libańskie banki wstrzymywały wypłaty gotówki. Inflacja skoczyła do ponad 80 proc., w kolejnych latach choćby do 220. Z tego kryzysu gospodarczego Liban do dziś się nie otrząsnął.
– W styczniu 2020 roku otworzyłem klub. W marcu wszystko stanęło. Covid. Ponownie zaczęliśmy działać dopiero po paru miesiącach – kontynuuje.
Polskie ćwiczenia z wieloetniczności | Gdy episkopat zawodzi | Po co instytucje kultury?
Ale już 4 sierpnia szyby w klubie rozprysły się na drobne kawałki. Zmiotła je siła olbrzymiego wybuchu silosa w bejruckim porcie. Kiedy Jack wszedł do sali treningowej, cała mata na podłodze błyszczała się. Była naszpikowana odpryskami szkła. Klub jednak przetrwał. Regularni bywalcy sami uprzątnęli zniszczenia.
– Wiele razy chciałem odpuścić, rzucić to wszystko. Nie miałem siły – mówi Jack. Któregoś dnia matka jednego z chłopaków, którzy u niego trenowali, wzięła go na bok. Powiedziała: „Uczysz nasze dzieci, żeby nigdy się nie poddawać. Być wytrwałym i cierpliwym mimo przeciwności. Mój syn się zmienił. jeżeli teraz zrezygnujesz, pokażesz im, iż to wszystko było kłamstwem”.
Jack klubu nie zamknął. W czasie wojny w zeszłym roku jasno ogłosił, iż miejsce jest otwarte dla wszystkich.
– Ci, którzy uciekali przed bombardowaniami, nie mieli gdzie ćwiczyć. I faktycznie, przychodziły do nas szyickie grupy z trenerami.
Właściciel budynku zadzwonił, żeby tylko nie pozwolić im nocować. Wbrew jego obawom, po zawieszeniu broni ci szyici wrócili do swoich dzielnic. Choć nie wszędzie w Bejrucie tak się stało.
– Mają do mnie szacunek i ja mam szacunek do nich – podsumowuje Jack.
Nikt tak tego nie nazywa
Tłum się kotłuje. Ramiona ocierają się o siebie, szyje wyciągają. Każdy chce się załapać na ciepły chlebek z zaatarem przed odjazdem autokaru. Zapach arabskiej kawy miesza się z gwarem rozmów. Szeleszczą zwitki libańskich funtów – przez wciąż wysoką inflację płaci się tu setkami tysięcy. Ktoś biegnie do toalety. W tym przydrożnym barze z mini supermarketem zatrzymują się chyba wszystkie grupy, które w weekendy wyruszają z Bejrutu na hiking.
– Za pięć minut odjazd! – krzyczy Anthony. Jest jednym z założycieli grupy „Lebanon by Nature”, która co niedzielę, na kilka godzin, wyrywa się z chmury bejruckiego smogu. W autokarze nad niektórymi fotelami podskakują burze loków. Na miejscach obok – hidżaby. Te pastelowe, przylegające do głowy, jak w zachodnim trendzie „clean girl”, wybierają sunnitki. Szyitki – raczej czarne, zawiązane na wzór irański lub iracki, albo kolorowe. Wprawne oko od razu wychwyci różnicę. Chyba, iż dana muzułmanka chusty nie zakłada.
Droga gwałtownie się wznosi – w Libanie góry wynurzają się z morza. Za oknem migają ostre skały. Co chwila z którejś wyrasta kapliczka lub figurka Jezusa, Maryi, św. Szarbela. Ten rejon zamieszkują maronici.
– choćby nasi przewodnicy są z różnych religii. Tak samo uczestnicy. Mamy tu wszystkie wyznania – wyjaśnia Anthony. Ale nikt tu nie wspomina o dialogu międzyreligijnym.
– Zaczynaliśmy osiem lat temu jako influencerzy. Wrzucaliśmy zdjęcia i filmiki z naszych wypraw. Dołączali do nas znajomi, a potem obcy ludzie. I tyle.
Odetchnąć powietrzem
W Libanie działa około 100 grup outdoorowych. A kraj jest mniejszy niż województwo świętokrzyskie. Nie wszystkie funkcjonują tak jak „Lebanon By Nature”: są grupy tylko dla kobiet. Albo mężczyzn. Chrześcijan. Szyitek. Albo „no hijabs allowed”.
- Krystyna Czerni
Cisza i zgiełk obrazów
– Czasem kobiety, które noszą chusty, pytają nas, czy mogą dołączyć. Naszą misją jest pokazać piękno tego kraju. Każdemu – mówi Anthony. – Sam jestem chrześcijaninem. Ale nie obchodzi mnie, czy inni w moim zespole lub na hikingu to też chrześcijanie – tu jego głos jest wyjątkowo stanowczy.
Wielu Libańczyków może się pod tym podpisać – szczególnie tych, którzy pracują w dużych firmach. I czasem tylko po imieniu – lub akcencie – kolegi czy koleżanki mogą wywnioskować, z kim rozmawiają. Bo o religii czy polityce kilka się tam mówi. Zresztą w samym „Lebanon By Nature” to jedna z najważniejszych zasad – o polityce nie rozmawiamy. No chyba, iż wspólnie żartując z tego, jak jest.
– Napięcia się zdarzają. Ale nigdy z powodu polityki czy religii. Nigdy. Przez jasne zasady w naszej grupie ludzie odfiltrowują się sami – uważa Anthony.
Miała rację jedna z uczestniczek hikingów – jeździ na nie szczególna grupa Libańczyków. Ona i Anthony nazywają ich „otwartymi”. Na pewno są to ludzie zmęczeni tygodniem pracy – i atmosferą konfliktu. A przy okazji wystarczająco zamożni, żeby wydać prawie 30 dolarów na jednodniowy wyjazd. Bo w Bejrucie szczęście ma ten, kto zarabia tysiąc dolarów miesięcznie. Dla uczestników nie ma większego znaczenia, czy oprócz górskich butów inni zakładają hidżab i bluzę, czy legginsy i sportowy stanik.
Słowa zużyte
– Można prowadzić działania na rzecz dialogu i wcale tak tego nie nazywać – mówi Maciej Mirowicz ze stowarzyszenia „Dom Wschodni – Domus Orientalis”. Także w ich projektach społecznych i kulturalnych w Libanie uczestniczą osoby z różnych denominacji.
Etykiety tu odstraszają. Poza tym nie każdy chce się chwalić znajomymi z innych religii. Sumar Sleem, Szefowa misji „Domu Wschodniego” w Libanie i Syrii, wyjaśnia, iż politycy wystarczająco często używają słów „pojednanie”, „dialog”, „komunikacja”.
A sprawiedliwość? Każdy wie, iż chodzi o wskazywanie winnego palcem. Bo, jak mówi częsta bywalczyni „Lebanon By Nature”, na Bliskim Wschodzie każdy ma własny punkt widzenia. Nie ma choćby spójnej narracji – libańskie podręczniki do historii zatrzymują się przed wojną domową. A żeby w Libanie uznać czyjąś perspektywę, często trzeba uznać także swoją winę.
W czasie wojny domowej Bejrut przedzieliła Zielona Linia frontu. Dziś w stolicy są dzielnice, do których wyznawcy danej religii boją się zaglądać. Jednak to miasto może też łączyć swoich mieszkańców
Julia Bednarska
Zanim przyjdą zimowe deszcze, libańskie góry są suche. Na obłych wierzchołkach zostały tylko kępki krzaków. Ale wystarczy zejść nieco niżej – tam szlak z widokiem na wąwóz wije się między strzelistymi dębami. Złote liście leżą już wokół ścieżki. Po drodze niemal setka uczestników „Lebanon By Nature” mija inną grupę. Wszystkie kobiety maszerują w hidżabach.
Strzepywanie popiołów
Niedaleko bejruckiego portu osiedle Geitawi wspina się po zboczu wzgórza. Uliczki są wąskie i kręte – na tyle, by skutecznie ukryć widok betonowego silosa. A raczej połowy, która z niego została po wybuchu w 2020 roku.
Nocą jest cicho. Klaksony zostały na głównych arteriach – wspomnienie o nich wydaje się tu niedorzeczne. Plątanina schodów prowadzi między niskimi domkami. Zza kolorowych okiennic przeciska się leniwe światło, wprost na liście i kwiaty. Gdzieś słychać rozmowy, gdzie indziej turecki serial w telewizorze.
Pewnego wieczoru coś zakłóca ten spokój: ożywione głosy, raz po raz wybuchy śmiechu. Grupa kilkunastu młodych Libańczyków przedziera się przez chaszcze, żeby podejść do ściany jednego z budynków. Wreszcie docierają. Stąd lepiej widać kolorowe graffiti. Ulice Bejrutu mówią językiem street artu. Tutaj: „Old Beirut matters” – to sprzeciw wobec gentryfikacji tej i innych dzielnic.
Grupa pojawiła się tu nieprzypadkowo. To spacer „Ścieżkami Feniksa”, projekt stowarzyszenia „Dom Wschodni”, w którym – w Libanie – działają Libańczycy i Polacy.
Spacery są pretekstem. Bejrutczycy odkrywają, albo doceniają na nowo, historię miasta. Ale przede wszystkim – spotykają się i rozmawiają, z jakiejkolwiek grupy religijnej pochodzą.
Przeglądanie się w Bejrucie
Kiedyś nazywano go „Paryżem Południa”, stolicą „Szwajcarii Bliskiego Wschodu”. Dziś Libańczykom nie jest łatwo dostrzegać piękno Bejrutu. Ślady po kulach, zniszczenia po wybuchu w porcie i znamiona kryzysu gospodarczego są wyciśnięte nie tylko na budynkach. Ale, jak mówią inicjatorzy projektu, Bejrut jest jak feniks. Wielokrotnie spopielony, odradza się jeszcze piękniejszy.
W czasie wojny domowej Bejrut przedzieliła linia frontu. Dziś w stolicy są dzielnice, do których wyznawcy danej religii boją się zaglądać. Jednak to miasto może też łączyć swoich mieszkańców. Podobnie jak sztuka. Tym razem na wieczorny spacer po chrześcijańskiej dzielnicy przyszli też muzułmanie i druzowie.
- Zbigniew Nosowski
Szare, a piękne
Zatrzymują się pod muralem na ścianie wieżowca. Z arabskiej kaligrafii wyłania się wielki ptak z rozpostartymi skrzydłami. Autorzy, bracia Omar i Mohamed Kabbani, urodzili się, gdy konflikt domowy trwał w najlepsze. A była to dopiero pierwsza z wojen, których mieli doświadczyć w Libanie.
Innego dnia „Ścieżki Feniksa” zaprowadziły – tym razem grupkę chrześcijan – do Hamry. W dzielnicy mieszkają przede wszystkim sunnici. Przed wojną domową była sercem kulturalnym i towarzyskim Bejrutu i, nie będzie w tym przesady, Bliskiego Wschodu.
Budynki zostały, pojawiły się nowe butiki i modne bary. Wieczorami przesiadują w nich studenci i libańska klasa średnia. Ale o dawnych kawiarniach, kinach i teatrach wciąż krążą legendy. Dla młodych Libańczyków – tylko legendy.
Jednak kiedy spacerujący zatrzymywali się, żeby usłyszeć kolejną ciekawostkę, starsi Bejrutczycy wychodzili ze swoich sklepików. Zagadywali, snuli opowieści o latach sprzed wojny domowej. Dla nich – żywe wspomnienia.
Sprawdzam
Ciche alejki Geitawi niespodziewanie wpadają do głośnej ulicy, która ciągnie się aż do centrum. To Armenia Street – imprezowa tętnica Bejrutu. Ulica wciąż żyje mimo kryzysu i cienia wojny. Rozświetlają ją eleganckie restauracje, z klubów i pubów dobiega muzyka.
W Bejrucie wyznawcy różnych religii spotykają się w pracy, na imprezach, czasem randkach. A jednak nie bez powodu na ulicach wciąż stoją wojskowe strażnice, betonowe zapory i kręgi drutu kolczastego. Ślady po kulach, jeszcze z wojny domowej, widać niemal wszędzie.
– Wszystko co znam w życiu, to wojna – zwierza się jeden z taksówkarzy. Jego wzrok staje się nieobecny, choć samochód sprawnie przemyka między motocyklami.
Miejsc, w których Libańczycy mogą przekonać się, czy na pewno „inny” musi być zagrożeniem, nie ma wiele. Są te oficjalnie – związane z państwowymi instytucjami i międzynarodowymi organizacjami. I takie, nad którymi nie wisi żaden szyld „Dialog”. Ale zaangażowanych w takie projekty niekoniecznie okrzykuje się tu bohaterami. Dla niektórych stają się wrogami – i to wewnętrznymi.
Brzęczenie nad Bejrutem nie zniknęło. Kryzys gospodarczy tym bardziej, a sytuacja na południu jest daleka od poprawy. Ale może wizyta papieża Leona XIV zmieniła coś w Libanie – na dłużej niż kilka dni
Julia Bednarska
– Teraz warunki są bardzo niesprzyjające dla takich inicjatyw. Straszny kryzys gospodarczy, niedawna wojna, a teraz w zasadzie przedwojnie – wyjaśnia Maciej Mirowicz. Jak mówi, potrzeba tu dwóch rzeczy. Pokoju i czasu.
Od Armenia Street co chwilę odchodzą kolorowe schody. Prowadzą do uśpionych osiedli. Ale najpierw trzeba minąć kawiarniane stoliki i druzyjskiego malarza, który od kilkudziesięciu lat sprzedaje tu swoje obrazy. I dzieci – te w rozklejonych klapkach i ubraniach zakurzonych po całym dniu na ulicy.
Na jednych ze schodów, tych niebiesko-zielonych, choćby w nocy świetnie widać biały napis „LIVE LOVE”. Grupa mija go. Jeden z uczestników mówi:
– Trudne.
Kiedy – czy
– I co, będzie wojna, czy nie będzie? – pytanie pada w listopadowy poranek.
Elias (imię zmienione) przez chwilę patrzy na gości swojego salonu fryzjerskiego. Nie odpowiada od razu. Smakuje suspens.
Niewielkie pomieszczenie rozświetlają lampy, które odbijają się w lustrze, zajmującym całą ścianę. Za ladą wisi obrazek Maryi. Tuż obok zdjęcia Baszira Dżemajela, założyciela Sił Libańskich. Dziś mówi się, iż spośród chrześcijańskich partii w Libanie ta jest najbardziej radykalna.
– Zobaczcie – Elias odkrywa długą bliznę po szyciu na wewnętrznej stronie ramienia.
– A teraz tu – wskazuje głowę, brzuch… – Sześć razy.
I wszystko jasne. choćby jeżeli wojna będzie, dla Eliasa to nie pierwszyzna. Zresztą i tak na zapleczu trzyma karabin.
Miesiąc później Sumar Sleem z „Domu Wschodniego” mówi już jednak coś innego:
– Wojny nie będzie.
Brzęczenie nad Bejrutem nie zniknęło. Kryzys gospodarczy tym bardziej, a sytuacja na południu jest daleka od poprawy. Ale może wizyta papieża Leona XIV zmieniła coś w Libanie – na dłużej niż kilka dni. Bo dla niektórych Libańczyków „kiedy” zaczęło pomału zamieniać się w „czy”. Co jednak przyniesie początek roku – nie wiadomo.
Przeczytaj też: Dialog międzyreligijny – potrzebny właśnie teraz

9 godzin temu









![Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]](https://imagazine.pl/wp-content/uploads/2026/01/AI-Generated-Image-facebook-tiktok.jpg)




