W Warszawie pożegnano śp. Wandę Traczyk-Stawską – bohaterkę Powstania Warszawskiego, nauczycielkę i niezłomną obrończynię ludzkiej godności. W poruszającej homilii abp Adrian Galbas wskazał na jej „jednotwarzowość” jako wzór dla współczesnych chrześcijan.
Więcej artykułów o Kościele znajdziesz na stronie głównej: ewtn.pl
Źródło: archwwa.plPhoto credit: archwwa.pl
Tekst został przetłumaczony i opracowany na podstawie oryginalnych materiałów źródłowych przez EWTN Polska.
Jeśli chcesz być na bieżąco zapraszamy do zapisania się do newslettera.
Podczas uroczystości pogrzebowych śp. Wandy Traczyk-Stawskiej bp Adrian Galbas przypomniał chrześcijański sens ludzkiego przemijania, w którym smutek rozłąki ustępuje miejsca ewangelicznej nadziei. Ksiądz Biskup podkreślił, iż zmarła bohaterka pozostawiła po sobie świadectwo życia całkowicie wolnego od konformizmu i politycznych gier.
„Ale smutna jest nie tylko Rodzina. Tę wspaniałą kobietę, żołnierza Powstania Warszawskiego (nie chciała być żołnierką), sanitariuszkę, strzelca i łączniczkę, jeńca niemieckiego obozu, a potem psychologa, opiekuna ludzi zgnębionych, zwłaszcza ludzi z niepełnosprawnościami, opiekuna zmarłych, zwłaszcza na Cmentarzu na Woli, aktywistkę, autorytet moralny, tę osobę kochała nie tylko najbliższa rodzina. Kochała ją Warszawa i Polska. Kochały ją tłumy. We wspomnianej książce jest piękne świadectwo młodych ludzi, uczniów jednej ze szkół, którzy byli oczarowani spotkaniem z Panią Wandą, którym ona, choć kilka pokoleń starsza, dodała odwagi, energii i siły – powiedział metropolita warszawski.
Smutek i nadzieja
(homilia wygłoszona na pogrzebie śp. Wandy Traczyk-Stawskiej, Warszawa, 31 sierpnia 2026 r.)
Siostry i Bracia,
darujcie, iż pominę wasze tytuły, godności i stanowiska. Tu, przy tej trumnie poczujmy się po prostu Siostrami i Braćmi.
Pierwszym uczuciem, które zwykle wzbudza się w sercu osób stających przed trumną, lub urną bliskiej sobie osoby jest smutek. Smutek, iż jej już nie ma. Przejmująco wyraził to św. Augustyn, który po śmierci swojego przyjaciela wyznał z rozbrajającą szczerością, iż umarła połowa jego duszy. Nawiązując do Wergilusza, pisze w swoich Wyznaniach: „Słusznie ktoś powiedział o swoim przyjacielu połowa mojej duszy. Czułem bowiem, iż jego i moja dusza były jedną w dwóch ciałach. Dlatego życie było dla mnie straszne, bo nie chciałem żyć jako połowa”.
Tak samo żałobnie pisał Jan Kochanowski po śmierci swojej drogiej Urszulki: „pełno nas, a jakoby nikogo nie było, jedną maluczką duszą tak wiele ubyło”.
Tak, tak właśnie czuje się ktoś, kto stracił bliską sobie osobę; niby pełno ludzi wokół, a w nim pustka, bo tak wiele ubyło…
I nic nie ma tu do rzeczy wiek tego kto odszedł. Może mieć on lat dziewięć, albo dziewięćdziesiąt dziewięć. Rozstrzygający nie jest pesel, ale miłość.
Smutek ten dodatkowo wzmagają wspomnienia. Ks. Jan Twardowski napisał, iż „zostaną po nich buty i telefon głuchy”, ale w rzeczywistości jest znacznie gorzej: zostaje wiele innych rzeczy i zostają wspomnienia wspólnie przeżytego życia, lub niektórych jego chwil, albo wspomnienia pozostawionych słów, które nie będą miały dalszego ciągu.
Osobiście Panią Wandę spotkałem tylko raz, podczas ubiegłorocznych obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, na tak dla niej ważnym cmentarzu Powstańców Warszawskich, gdzie miała swoje płomienne, mimo słabego już głosu, przemówienie. W tym roku już jej nie było; przemawiała, równie płomiennie, ale z nagrania, a potem – ku swemu zaskoczeniu – otrzymałem egzemplarz książki, wywiadu z nią, z osobistą dedykacją i datą, 1 sierpnia 2026r. Dedykacja napisana została przez kogoś innego, ale podpis, wyraźnie drżącą ręką, był jej, osobisty. To dla mnie więcej niż „buty i telefon głuchy”.
Domyślam się, iż i w sercach wielu z was, a może choćby wszystkich tu obecnych, jest teraz smutek. Najpierw w sercach członków Jej najbliższej rodziny, którym pragnę złożyć najserdeczniejsze wyrazy współczucia i bliskości.
Ale smutna jest nie tylko Rodzina. Tę wspaniałą kobietę, żołnierza Powstania Warszawskiego (nie chciała być żołnierką), sanitariuszkę, strzelca i łączniczkę, jeńca niemieckiego obozu, a potem psychologa, opiekuna ludzi zgnębionych, zwłaszcza ludzi z niepełnosprawnościami, opiekuna zmarłych, zwłaszcza na Cmentarzu na Woli, aktywistkę, autorytet moralny, tę osobę kochała nie tylko najbliższa rodzina. Kochała ją Warszawa i Polska. Kochały ją tłumy. We wspomnianej książce jest piękne świadectwo młodych ludzi, uczniów jednej ze szkół, którzy byli oczarowani spotkaniem z Panią Wandą, którym ona, choć kilka pokoleń starsza, dodała odwagi, energii i siły.
Właśnie tak: wielu, wielu ludziom, jak tamtym licealistom dodawała odwagi, energii i siły. Nie zwalniała do końca życia. Znała i cytowała wiersz Józefa Szczepańskiego, czyli „Ziutka” z „Parasola”, wiersz-marzenie o Polsce po wojnie:
„A gdy będzie już po wojnie
Będzie miło i spokojnie
I dostatnio i wygodnie
I dziewczęta zdejmą spodnie (…)
A młodzieńcy z Parasola
Będą grali wielkie role
W dyplomacji, rządzie, sejmie
Może wspomnień czar cię przejmie”.
Cóż, marzenia z tego wiersza nie bardzo się spełniły. Nie wszystkie i nie od razu. Owszem, po wojnie dziewczyny mogły zamiast spodni założyć spódnice, ale nie było spokojnie, a młodzieńcy z „Parasola” długo jeszcze nie mogli zagrać wielkich ról w dyplomacji, rządzie, sejmie. Więc ona nie zwalniała. Wciąż, choć inaczej niż w Powstaniu, walczyła o tę samą Polskę: wolną, sprawiedliwą, prawdziwie demokratyczną i bezpieczną. Polskę, która będzie domem dla tych, dla których jest ojczyzną i dla tych, dla których jest obczyzną. Bez tego, jak mówiła, będziemy „chorym narodem”.
Mnie, przy tej mszy, najbardziej jest smutno dlatego, iż umarła osoba jednotwarzowa. Zdziwiłem się, iż komputer nie podkreślił mi tego słowa na czerwono. To znaczy, iż takie słowo istnieje i jest poprawne. Ciekawe, jak często można nim opisywać konkretne postaci. Ona taką była: jednotwarzową.
„To nie śmierć była najgorsza w trakcie wojny, tylko zdrada”, mówiła i tej deklaracji pozostała wierna do końca życia. Nie zdradziła swoich ideałów.
„Nareszcie w domu”, taki napis widziałem pod pewną fotografią, na której kobieca dłoń odsuwa od siebie teatralną maskę, uśmiechniętą od ucha do ucha.
Do oglądającego to zdjęcie gwałtownie dociera dramat tej sceny i dramat tej kobiety, która cały dzień ma na sobie uśmiechniętą maskę, choć wcale nie jest jej do śmiechu, pokazuje kogoś kim nie jest i kim być nie może, a kiedy wraca do domu, gdy już nikt nie widzi, może z ulgą zdjąć tę maskę i powiedzieć: „nareszcie”.
Pani Wanda chyba nigdy takiego dramatu nie musiała przeżywać. Nie miała masek, nie miała ich kolekcji, nie miała konformistycznych poglądów na różne okazje i nie mówiła każdemu tego, co by chciał usłyszeć. Nie występowała przed publicznością. Po prostu była. Miała jedną twarz, której zawsze mogła uczciwie spojrzeć do lustra. I to przez całe życie. To luksus nad luksusy. Komfort, o jakim wielu może jedynie pomarzyć.
Być człowiekiem o jednej twarzy, jednotwarzowym, nie znaczy uważać się za bezbłędnego. Taki człowiek umie powiedzieć: pomyliłem się, przepraszam, muszę to naprawić. Przyjmuje także, iż nie wszyscy będą podzielać jego poglądy, iż będzie z tym i z tamtym z ich powodu w sporze. Ale to jest w porządku. Właśnie dlatego nie potrzebuje maski i właśnie dlatego nie musi fałszować własnego życiorysu.
Psalmista modli się dzisiaj: „Będę szukał oblicza Twego Panie. Nie zakrywaj przede mną swojej twarzy” (Ps 27,8 n), a św. Paweł powiedział nam przed chwilą, iż wszyscy staniemy przed trybunałem Boga i każdy o sobie zda sprawę Bogu (por. Rz 14,10.12). Ta chwila dla pani Wandy właśnie nadeszła. Jest jej o tyle łatwiej, iż nie musi się z niczego wyplątywać. Staje przed Bogiem tak, jak stawała przed nami. W prawdzie. To jej wielkie zwycięstwo.
Oby tak było kiedyś i z nami. Ale by tak kiedyś było, już dziś dobrze być jednotwarzowym.
I to jest dobra chwila – Bracia i Siostry – by powiedzieć i o drugim uczuciu, jakie człowiek wierzący, ma teraz do przeżycia. Bo oprócz smutku pozostało – i jakże to wspaniale, iż jest – pozostało nadzieja. Nadzieja życia wiecznego! Tak, dlatego jesteśmy w kościele, na mszy, a nie tylko w Domu Żałoby i dlatego ostatnim zdaniem, które będzie wypowiedziane nad grobem śp. Pani Wandy nie będzie pełne smutku: „cześć jej pamięci”, ale pełne nadziei: „żyj w pokoju”. Za nią jest nie tylko przeszłość. Przed nią jest przyszłość.
W Ewangelii sprzed chwili (por. Mt 25,31-46) usłyszeliśmy coś na temat tej przyszłości. To wstrząsająca scena Sądu Ostatecznego. Ten opis pochodzi z dwudziestego piątego rozdziału Ewangelii wg św. Mateusza. Cały ten rozdział składa się z trzech wielkich przypowieści, które mówią o tym co będzie na końcu. Chrystus zachowuje się tu jak nauczyciel, który zawczasu mówi uczniom z czego mają się przygotować, bo to na pewno będzie na egzaminie końcowym. Pierwsza przypowieść jest o pannach roztropnych i nierozsądnych, potem przypowieść o talentach i w końcu ta, którą usłyszeliśmy przed chwilą.
Oto Król, Chrystus Pan zasiada na swym tronie. Po prawej stronie zbawieni, po lewej potępieni. Ale gdzie przechodzi granica między jednymi a drugimi? Czy tu są ładni, a tu brzydcy, tu bogaci, a tu biedni, tu panie, a tu panowie, tu młodzi, a tu starzy, tu duchowni, a tu świeccy, tu białoskórzy, a tu nie, tu ci z tej partii, a tu ci z tamtej? Nie! To są nasze granice, ludzkie. Granice podziałów, segregacji i selekcji. Ta wyznaczona przez Chrystusa jest inna. Na prawo pójdą ci, których horyzont doczesnego życia nie kończył się na czubku ich własnego nosa. Którzy widzieli dalej, którzy potrafili dostrzec los drugiego, tego drugiego, któremu było gorzej, i którzy potrafili na ten los zareagować. Polepszyć mu życie. Nie przez manifesty, deklaracje i słowa, ale przez konkret.
I piękne jest w tej Ewangelii to ich zdziwienie. Oni są zaskoczeni, iż zrobili coś wielkiego. Podali przecież tylko kubek wody, kromkę chleba, otworzyli dom, dali ubranie, odwiedzili chorego i tego co w więzieniu. Przecież to są zwykłe rzeczy! Czyżby zaraz miały decydować o zbawieniu, o wieczności? Tak, bo wszystko, „co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40), mówi Pan.
Św. Jan od krzyża skomentuje tę Ewangelię jednym zdaniem: „pod koniec życia będziemy sądzeni z miłości”.
Nie wiem jak wy, ale ja – czytając tę ewangeliczną przypowieść – jestem spokojny o wieczny los Pani Wandy!
W książce-prezencie, którą otrzymałem, Pani Wanda opowiada o innej powstańczej sanitariuszce, pani Annie Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, która w Powstaniu opatrywała zarówno rannych powstańców, jak i Niemców i mówiła: „jeśli nie zrobię opatrunku Niemcowi, to on umrze. Ranny przeciwnik jest już tylko człowiekiem”.
To jest ta sama kultura, którą miała Pani Wanda. Musiała zresztą bronić swoją koleżankę przed fałszywymi oskarżeniami. Człowiek jest człowiekiem. Po prostu! I to wystarczy, by zareagować na jego biedę i na jego los.
„Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie (…) i w życiu więc i w śmierci należymy do Pana” (Rz 14,7), powiedział nam przed chwilą św. Paweł. Cóż, dla chrześcijan w Rzymie nie było to oczywiste. Trzeba było o tym przypominać. To nie jest też oczywiste dla nas, dwadzieścia wieków później. Niestety, często, także jako uczniowie Chrystusa, żyjemy jedynie dla siebie. Oby przykład życia Pani Wandy był dla nas pociągający. W końcu któreś z tych miejsc kiedyś zajmiemy i my: albo będziemy z prawej, albo z lewej strony.
Jest piękne zdanie przypisywane Ryszardowi Kapuścińskiemu, iż „to kim jesteśmy najlepiej widać po tym, co dzieje się z ludźmi wokół nas: czy stają się więksi, czy się pomniejszają”. Dzięki Pani Wandzie, wszyscy staliśmy się więksi. I po tym najlepiej widać kim ona była. I kim jest nadal!
Siostry i Bracia,
przynosimy więc do tego ołtarza nasz smutek i naszą nadzieję. Przynosimy długie życie pani Wandy; jego dobro, ciężar, rany i tajemnice. Powierzamy je Chrystusowi, który umarł i zmartwychwstał. On jest Słowem, także wtedy, kiedy nie umiemy znaleźć odpowiednich słów.
Droga Pani Wando,
dziękujemy! Dziś ostatni dzień sierpnia. Wtedy był środek Powstania, a jutro będzie rocznica tamtego, nieszczęsnego września. Ale dla Pani wszystkie walki już się pokończyły. Teraz przyszedł czas na odpoczynek.
Razem z Psalmistą o jedno tylko prosimy Pana, o to zabiegamy, żeby Pani mogła zawsze przebywać w Jego domu przez wszystkie dni życia, żeby kosztowała słodyczy Pana, stale się radując Jego świątynią! (por. Ps 27 4). Amen.
+ Adrian J. Galbas SAC
ZOBACZ RÓWNIEŻ:

1 dzień temu















