Uczę się nie rozwodzić nad niespełnieniem. Nie zadręczać analizowaniem alternatywnych możliwości. Nie wiem, czemu coś się zaczęło w moim życiu, ani czemu się skończyło. Być może było po coś, ale teraz trudno mi to stwierdzić.
Ósmy odcinek cyklu Agnieszki Budnik i Damiana Jankowskiego „Kultura straty, kultura (nie)zgody”. Wcześniejsze przeczytacie tutaj.
W filmie „Wiek niewinności” Martina Scorsese główny bohater, prawnik Newland Archer, dokonuje wyboru dwukrotnie. Po raz pierwszy, gdy rozmawia z hrabiną Ellen Olenską sam na sam. W wyobraźni widzi, jak Ellen go obejmuje. Mężczyzna – mimo iż zaręczony z inną – niedługo padnie do nóg hrabiny i wyzna jej miłość. Ale jest też druga scena, kiedy podstarzały Archer po latach ma okazję spotkać dawną ukochaną. Siada pod oknem jej mieszkania, jednak nie decyduje się wejść.
Umysł na skrzyżowaniu
Im jestem starszy, tym opowieść Scorsese nabiera dla mnie większego ciężaru. Najpierw oglądałem ją jako melodramat o mężczyźnie, który zakochuje się w niedostępnej kobiecie, choć nie powinien tego robić. Ma przecież wpatrzoną w siebie narzeczoną, pozycję, stabilną przyszłość. Dopiero z czasem odkryłem, jak bardzo ludzki jest Archer. Desperacko próbuje on nadać swojemu życiu sens, wyłamać się z dusznych konwenansów, wreszcie coś poczuć.
WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Próbuje, i ponosi klęskę. Scorsese, a przed nim Edith Wharton, autorka literackiego pierwowzoru, zdają się nie wierzyć w slogan, iż miłość pokona wszelkie przeciwności. Nie pokona, czasem pojawia się zbyt późno, czasem zbyt wcześnie; wzbudza w człowieku tęsknotę, i zostawia go z tą tęsknotą.
Poza tym Newland gwałtownie zrozumie, iż tak naprawdę nie wybiera między dwiema kobietami, a między dwoma światami. Pierwsza z opcji to stateczne życie, mniej więcej standardowo rozplanowane między dom, żonę, dzieci oraz zawodowe obowiązki. Drugą opcję stanowi los pełen wielkich uczuć oraz jeszcze większej niepewności. Którą wybrać? Nie można obu, pójście jedną ścieżką oznacza rezygnację z tej drugiej.
Tak zresztą rzeczywiście jest. Wybór mieści w sobie również stratę. Na swój sposób okazuje się równocześnie zyskiem i stratą. Widzę to po sobie, odkąd przekroczyłem trzydziestkę. Oczywiście wciąż czuję się pełen sił, coraz lepiej dogaduję się z rzeczywistością, ale też niosę na barkach ciężar minionej dekady, dobrych czy złych decyzji, które podjąłem; relacji nawiązanych i tych utraconych.
Są ludzie, którzy na pytanie, gdzie widzą się za pięć lub dziesięć lat, odpowiadają w mgnieniu oka, mają gotowy plan, konkretne cele. Ci jednak odebrali już swoją nagrodę
Damian Jankowski
Fakt, iż większość znajomych pozakładała rodziny, nie ma znaczenia. Ot, każdy żyje swoim życiem. Pewnego rodzaju zatrzymanie następuje dopiero, kiedy – zwykle post factum, po kilku latach – dostrzegamy scenariusze, które nigdy się nie dokonały, choć mogły. Na przykład moja pierwsza miłość ma dziś męża i trójkę dzieci. Mówi, iż jest szczęśliwa. Uruchamia to we mnie niezbyt mądre gdybanie. Czy gdybyśmy wtedy, piętnaście lat temu, nie rozstali się, gdybym bardziej aspirował do wizji domu z ogródkiem i gromadką potomstwa, może teraz wszystko to byłoby i moim, naszym wspólnym udziałem? Tylko czy na pewno znalazłbym spełnienie, czy pozostałbym sobą? Czy byłoby to życie dla mnie? Umysł raz jeszcze stoi na skrzyżowaniu i analizuje drogi, poddaje się nostalgii, choć wie, iż to bez sensu. Los, przynajmniej na tym odcinku, już się dokonał. Nie można wejść raz jeszcze do tej samej rzeki, ani przejść przez zerwany most.
Wybór wiąże się z konsekwencjami. Zdarzają się wyjątki od reguły, ale lepiej nie oczekiwać zwycięstwa na wszystkich frontach. jeżeli ktoś zdecydował się na liczną rodzinę, trudniej mu będzie być płodnym pisarzem, wydającym książki w regularnych, niewielkich odstępach czasu. I odwrotnie: samotnik czasem mierzy się z pustką, nieraz cierpi z powodu braku bliskości, ma jednak więcej przestrzeni na pracę twórczą. Wybór, powtórzę, mieści w sobie zarówno zyski, jak i straty. euforia i gorycz.
W piekle niemożliwych wyborów
Jest też druga strona medalu, ta znacznie ciemniejsza: nie wszystko zależy od nas. A jeżeli to ktoś inny za nas dokonuje wyboru? Archer nie tyle zderza się z dezaprobatą środowiska, co z twardą rzeczywistością: jego wybranka nie chce lub nie może odwzajemnić jego uczuć. Nasz bohater gotów jest postawić na szali całą swoją reputację, brawurowo zerwać zaręczyny, a i tak zda się to na nic. On i hrabina niby są wolni, a jednak nigdy nie będą razem. „Nie potrafię cię kochać, jeżeli z ciebie nie zrezygnuję” – rzuca Ellen.
- Wojciech Marczewski
- Damian Jankowski
Świat przyspiesza, ja zwalniam
Być może najtrudniej przyznać, iż coś jest niezrozumiałe. I iż musi takim pozostać. Że nie ma rady. W powieści Wiesława Myśliwskiego „Ostatnie rozdanie” poruszająco wypada rozmowa bohatera z matką. Kobieta nie może „wyżałować”, iż „skarb dziewczyna”, z którą kiedyś prowadzał się syn, nie została ostatecznie jego żoną. „Przy niej byś się ustatkował. Nie goniłoby cię tu, tam i nie wiadomo gdzie. Wyszło ci szczęście na drogę, toś ominął” – stwierdza. Nie zadowala ją odpowiedź na pytanie, co się między nimi stało: iż nic. „Naprawdę nic. Dzieją się nieraz rzeczy, które nie mają przyczyny. Zresztą minęło tyle lat, nie ma o czym mówić” – zaznacza syn.
Człowiek uczy się tego chyba z czasem. By nie rozwodzić się nad niespełnieniem. Nie zadręczać analizowaniem alternatywnych możliwości. Po prostu uznać, iż nie pojmuję tego, czego doświadczyłem. Nie wiem, czemu coś się zaczęło w moim życiu, ani czemu nagle się skończyło. Być może było po coś, ale teraz trudno mi to stwierdzić. Muszę poczekać. Zgodzić się na niewiedzę. Unikać zbyt prostych odpowiedzi.
U Myśliwskiego „młodość to czas zmarnowany na złudzenia”, główny ludzki lęk dotyczy tego, iż „jesteśmy, a nie jesteśmy w stanie sprostać temu, iż jesteśmy”, najtrudniej zaś „zdobyć się na siebie”, dopuścić do siebie zgryzotę, myśl, iż pewnie szczęście już nas ominęło, i tej myśli ostatecznie się nie poddać.
Są ludzie, którzy na pytanie, gdzie widzą się za pięć lub dziesięć lat, odpowiadają w mgnieniu oka, mają gotowy plan, konkretne cele. Ci jednak odebrali już swoją nagrodę, nie oni interesują kulturę straty. Ciekawsze okazują się osoby jak Archer, jednocześnie przygniecione swoim losem i nim „zaszczycone”, niedopasowane, niepewne, funkcjonujące w piekle niemożliwych wyborów.
Zerkam na podstarzałego Newlanda, jak odchodzi w nieznane. Może jednak drobny płomień nadziei nigdy w nim nie zgaśnie? Może uratuje go świadomość, iż żyjąc, uczestniczył w czymś większym od siebie? Że ważniejsze jest pytanie, czy sam kochał, a nie, czy ktoś kochał jego?
Może tak jest, może czasem pozostaje nam powtórzyć dwuwers Sztaudyngera: „Pozwól nie tęsknić mi, Boże, / Do tego, co być nie może”. I liczyć, iż ktoś wysłucha tej prośby.

2 godzin temu












