17 września 1939. Cios w plecy Polski i kłamstwo nazwane „ochroną”

51 minut temu

17 września 1939 roku to data, której nie można zapomnieć. Ks. Piotr Wiśniowski przypomina tragiczny cios w plecy zadany Polsce przez Związek Sowiecki. Przeczytaj refleksję o prawdzie historycznej, propagandzie i chrześcijańskim patriotyzmie.

Więcej artykułów znajdziesz na stronie głównej: ewtn.pl

Źródło: EWTN Polska
Photo credit: EWTN Polska przy pomocy AI
Tekst został przetłumaczony i opracowany na podstawie oryginalnych materiałów źródłowych przez EWTN Polska.
Jeśli chcesz być na bieżąco zapraszamy do zapisania się do newslettera.
Subskrybuj newsletter
Wesprzyj naszą misję

Są w historii Polski daty, których nie wolno sprowadzić do kolejnej kartki w kalendarzu. 17 września 1939 roku jest jedną z nich. Tego dnia, gdy Rzeczpospolita od siedemnastu dni krwawiła w nierównej walce z niemiecką III Rzeszą, od wschodu uderzył drugi totalitarny sąsiad. Armia Czerwona przekroczyła granice Polski bez wypowiedzenia wojny. Dla państwa, które całą swoją uwagę i większość sił musiało skierować przeciwko niemieckiej agresji, był to dramatyczny cios zadany od tyłu. Ambasador Rzeczypospolitej w Moskwie Wacław Grzybowski, odmawiając przyjęcia sowieckiej noty uzasadniającej wkroczenie Armii Czerwonej, określił je słowami, które przeszły do historii: „cios w plecy”.

Nie był to jednak nagły odruch Stalina ani spontaniczna reakcja Moskwy na rozwój wojny polsko-niemieckiej. Droga do 17 września prowadziła przez podpisany 23 sierpnia 1939 roku pakt Ribbentrop–Mołotow. Oficjalnie był to niemiecko-sowiecki układ o nieagresji. Towarzyszył mu jednak tajny protokół, w którym dwa totalitarne mocarstwa wyznaczały swoje strefy interesów w Europie Wschodniej. Polska znalazła się pomiędzy nimi. Hitler i Stalin, choć reprezentowali ideologie pod wieloma względami odmienne i później zwrócili się przeciwko sobie, w 1939 roku potrafili porozumieć się w sprawie podziału terytoriów znajdujących się pomiędzy III Rzeszą a ZSRS.

Najbardziej przejmujące jest jednak to, jak agresję próbowano nazwać.

Nad ranem 17 września polskiemu ambasadorowi Wacławowi Grzybowskiemu przedstawiono sowiecką notę. Kreml twierdził w niej, iż wojna z Niemcami ujawniła rzekome bankructwo państwa polskiego, polski rząd miał przestać istnieć, a zawarte wcześniej umowy między Polską i ZSRS stracić ważność. Następnie pojawiał się argument, który brzmi złowrogo, szczególnie kiedy czytamy go z perspektywy późniejszej historii: Moskwa oznajmiała, iż nie może pozostać obojętna wobec losu ludności ukraińskiej i białoruskiej zamieszkującej wschodnie ziemie Rzeczypospolitej. Armia Czerwona miała więc przekroczyć granicę, aby – według słów sowieckiej noty – wziąć pod „ochronę” życie i mienie tej ludności.

To właśnie tutaj historia staje się lekcją nie tylko polityki, ale także języka. Agresja może zostać nazwana pomocą. Najazd – ochroną. Złamanie umów – koniecznością. Odebranie innemu państwu ziemi – przywracaniem bezpieczeństwa. Propaganda nie zaczyna się bowiem od czołgu. Zaczyna się wcześniej, kiedy człowiekowi odbiera się zdolność nazywania rzeczy po imieniu.

Sowiecka argumentacja była tym bardziej fałszywa, iż państwo polskie 17 września nie przestało istnieć. Polski rząd znajdował się jeszcze na terytorium Rzeczypospolitej i przekroczył granicę dopiero później, już w sytuacji stworzonej przez sowiecką inwazję. Co więcej, Polskę i ZSRS wiązały wcześniejsze zobowiązania, w tym pakt o nieagresji. Sowieckie wkroczenie nie było więc humanitarną interwencją w politycznej próżni, ale realizacją polityki uzgodnionej wcześniej z III Rzeszą.

Zachowały się dokumenty pokazujące skalę cynizmu tej operacji. Amerykański ambasador w Moskwie Laurence Steinhardt już rankiem 17 września informował Waszyngton, iż pod pozorem przywracania porządku oraz ochrony Ukraińców i Białorusinów wojska sowieckie wkroczyły do Polski wzdłuż wschodniej granicy. Kilka godzin później oceniał wydarzenia jako przejście niemiecko-sowieckiego porozumienia dotyczącego podziału Polski do fazy aktywnego współdziałania.

Jeszcze bardziej wymowna jest depesza niemieckiego ambasadora w Moskwie Friedricha-Wernera von der Schulenburga. Wynika z niej, iż Stalin informował stronę niemiecką o planowanym wkroczeniu Armii Czerwonej, uzgadniano kwestie dotyczące działań wojskowych, a projekt sowieckiej noty przedstawiono niemieckiemu ambasadorowi. Po jego zastrzeżeniach Stalin zgodził się choćby zmienić jej treść. Dokument, który miał przedstawiać światu „humanitarne” motywy sowieckiej interwencji, był więc konsultowany z przedstawicielem państwa, które od 1 września prowadziło przeciwko Polsce brutalną wojnę.

A potem przyszła rzeczywistość okupacji.

Za Armią Czerwoną nie przyszła wolność. Przyszły aresztowania, represje, deportacje, więzienia i terror. Wschodnie ziemie Rzeczypospolitej zostały zajęte, a pod koniec września 1939 roku Związek Sowiecki okupował około 200 tysięcy kilometrów kwadratowych terytorium II RP zamieszkałego przez ponad 13 milionów ludzi. Tragiczny ciąg wydarzeń prowadził dalej ku masowym represjom i zbrodniom, których jednym z najbardziej przerażających symboli stał się Katyń.

Dlatego 17 września nie wolno rozpatrywać w oderwaniu od 1 września. Polska znalazła się pomiędzy dwoma totalitaryzmami. Jeden przyszedł pod znakiem swastyki, drugi pod znakiem czerwonej gwiazdy. Jeden odwoływał się do narodowego socjalizmu i rasizmu, drugi do komunizmu i rewolucji klasowej. Nie były to systemy identyczne, ale we wrześniu 1939 roku ich interesy spotkały się kosztem Rzeczypospolitej. Polska została zaatakowana najpierw z zachodu, a następnie ze wschodu.

Dla chrześcijanina ta historia ma jeszcze jeden wymiar. Ewangelia uczy nas niezwykłego szacunku dla prawdy. Chrystus mówi: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,32). Nie jest przypadkiem, iż systemy totalitarne tak wielką wagę przywiązywały do propagandy. Człowieka można zniewolić przemocą, ale żeby zniewolenie trwało, trzeba jeszcze próbować zmienić jego pamięć. Trzeba przekonać ofiarę, iż agresor przyszedł ją ratować, iż utrata wolności była wyzwoleniem, a zbrodnia była historyczną koniecznością.

Chrześcijańska pamięć nie jest jednak pielęgnowaniem nienawiści. To bardzo ważne. Pamiętać nie oznacza nienawidzić współczesnych Rosjan, Białorusinów czy Ukraińców ani obarczać narodów dziedziczną odpowiedzialnością za decyzje totalitarnego państwa Stalina. Pamiętać oznacza odmówić zgody na kłamstwo. Przebaczenie, do którego wzywa Ewangelia, nie wymaga nazywania zła dobrem. Przeciwnie – prawdziwe pojednanie może powstać dopiero wtedy, gdy prawda zostanie wypowiedziana bez manipulacji i bez przemilczeń.

I może właśnie dlatego 17 września pozostaje datą tak boleśnie aktualną. Nie dlatego, iż historia powtarza się mechanicznie. Nie powtarza się. Zmieniają się państwa, granice, ustroje, technologie i okoliczności. Powraca jednak pokusa starego kłamstwa: przekonanie, iż silniejszy może naruszyć suwerenność słabszego, a następnie przedstawić przemoc jako działanie podjęte dla jego dobra. Historia Polski każe być na taki język szczególnie wyczulonym.

17 września 1939 roku Polska nie została „uratowana”. Została napadnięta.

Nie przestała istnieć dlatego, iż tak ogłosił Kreml. Istniała w swoich legalnych władzach, w żołnierzach, którzy podejmowali walkę, w polskich rodzinach, w kapłanach, nauczycielach i urzędnikach, w tych, których wywożono później na Wschód, i w tych, którzy przeszli przez Syberię, więzienia i łagry. Istniała w pamięci i sumieniu swoich obywateli.

A potem okazało się coś, czego żaden totalitaryzm nie potrafił do końca zrozumieć: można zająć terytorium, można zamknąć człowieka w więzieniu, można fałszować podręczniki i przez dziesięciolecia zakazywać niewygodnych słów, ale nie można na zawsze unicestwić prawdy.

Dlatego dzisiaj, 17 września, nie potrzebujemy krzyku. Potrzebujemy pamięci. Spokojnej, mocnej i uczciwej. Pamięci o żołnierzach broniących wschodniej granicy Rzeczypospolitej. O obywatelach Polski różnych narodowości i wyznań, których życie zostało zmiażdżone przez dwa totalitaryzmy. O zesłańcach, więźniach i zamordowanych. O rodzinach, które przez dziesięciolecia nosiły w sobie rany tamtego czasu.

I potrzebujemy modlitwy.

Za zabitych. Za zesłanych. Za tych, którzy nie wrócili do swoich domów. Za Polskę. Ale również o to, aby żaden naród nie uwierzył już więcej, iż wolno budować swoją wielkość na krzywdzie sąsiada.

Bo patriotyzm chrześcijański nie polega na nienawiści do innych narodów. Polega na miłości do własnej Ojczyzny tak głębokiej, iż nie pozwala się ani odebrać jej historii, ani zatruć tej historii nienawiścią.

17 września 1939 roku był ciosem w plecy walczącej Polski. Naszym obowiązkiem 87 lat później nie jest żyć zemstą. Naszym obowiązkiem jest pamiętać prawdę. A prawda – choćby jeżeli przez lata próbuje się ją pogrzebać – ma tę niezwykłą adekwatność, iż wcześniej czy później wychodzi na światło.

Autor: Ks. Piotr W. Wiśniowski – kapłan archidiecezji wrocławskiej, współzałożyciel i dyr. duchowy EWTN Polska, publicysta oraz współzałożyciel Fundacji Vide et Crede im. św. Jana Pawła II. Od lat zajmuje się ewangelizacją poprzez media katolickie.

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ:

„Była tam Matka Jezusa”. 70 lat Międzynarodowego Centrum Ewangelizacji Marianum w Carlsbergu
Idź do oryginalnego materiału